Najbliższe spektakle

Opis spektaklu

KSIĄŻKA SKARG I WNIOSKÓW (w ramach Teatru Faktu)

20.11.2026 · 19:00

Muzeum Archeologiczna, Kraków, ul. Senacka 3

O spektaklu ↗

GŁUPIA MĄKA WARIATÓW

← Powrót do działu

GŁUPIA MĄKA WARIATÓW

 GŁUPIA MĄKA WARIATÓWCzas więziony w jej duszy, wystąpił z niej straszliwie rzeczywisty i szedł samopas przez izbę, hałaśliwy, huczący, piekielny, rosnący w jaskrawym milczeniu poranka z głośnego młyna-zegara, jak zła mąka, sypka mąka, głupia mąka wariatów.(Brunon Schulz, Sierpień)
 GŁUPIA MĄKA WARIATÓW
GŁUPIA MĄKA WARIATÓW

według tekstów i grafik Brunona Schulza


"Głupia mąka wariatów" to spektakl inspirowany opowiadaniami i grafiką Brunona Schulza. Nieco ekscentryczny tytuł jest cytatem z jednego z opowiadań Schulza. Spektakl nie jest bezpośrednią adaptacją opowiadań, chodzi tu raczej o pewną inspirację jego twórczością. W spektaklu użyto bardzo niewielkiej ilości słów bezpośrednio wypowiadanych ze sceny starając się przekazać treść opowiadań Schulza przy pomocy środków teatralnych, to znaczy sytuacji i obrazów inspirowanych grafikami Schulza, głównie z teki "Xięga bałwochwalcza". Stworzyliśmy afabularną strukturę spektaklu, nawiązującą do fantasmagorycznej podróży po mieście, opisanej w opowiadaniu "Sklepy cynamonowe", zaczynającej się od wizyty w teatrze, aż po zagubienie się w labiryncie miasta. W wykreowaniu onirycznych przestrzeni teatralnych znalazły swe miejsce inspiracje z następujących opowiadań Schulza: "Ulica Krokodyli" (symbol nowoczesności pokazany jako niedokończona ulica, gdzie wszystko jest chwilowe i skazane na tandetną ulotność), "Księga" (motyw ożywających ogłoszeń prasowych),"Sanatorium pod Klepsydr ą" (motyw miasta umarłych) "Genialna epoka" (motyw czasu drugiej kategorii istniejącego poza zdarzeniami) i innych. Rzeczywistość sceniczna tego spektaklu jest zdeformowana i płynna, ulegając ciągłej metamorfozie. Aktorzy wcielają się w różne role, przechodząc płynnie od jednej postaci do drugiej, a rekwizyty zmieniają swoją funkcję i przeznaczenie. W ten sposób chcemy przekazać jedno z podstawowych założeń twórczości Schulza: wizję świata jako tworu materii i ludzkiej wyobraźni.

Scenariusz i reżyseria: Wiesław Hołdys

Aktorzy: Beata Kolak, Anna Lenczewska, Jan Mancewicz, Robert Żurek

Rekwizyty i kostiumy: Katarzyna Fijał
Muzyka: Michał Braszak

Współpraca: Agnieszka Dziedzic, Maria Śmiłek, Glen Cullen
Projekt plakatu: Tanya Tsupka

Premiera - październik 2014
Projekt zrealizowano przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego
PARTNER
Stowarzyszenie Teatrów Nienstytucjonalnych SteN
SPONSOR
Restauracja Chimera

Spektakl bierze udział w Konkursie na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa” realizowanym dla uczczenia przypadającego w 2015 roku jubileuszu 250-lecia teatru publicznego w Polsce. Konkurs organizuje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego.

Zdjęcia Sylwii Domin - kliknij tu

Zdjęcia Ilji van de Paverta - kliknij tu

Zdjęcia Katarzyny Fijał i Roberta Żurka - kliknij tu

Zdjęcia Artura Łobody - kliknij tu


Fragment spektaklu (wideo) - kilknij tu

Teatr Mumerus obchodzi 15 urodziny


Działa pod ziemią, nieomal w konspiracji. Łączy nieprzewidywalność z wielką precyzją formy.
Mumerus jest autorskim projektem, pochodzącego z Cieszyna Wiesława Hołdysa, jednego z najciekawszych twórców, działających w krakowskim offie. To w jednej osobie reżyser, autor scenografii i producent teatru. Artysta, którego oryginalna wyobraźnia odciska pieczęć na wszystkich działaniach sceny - od kolejnych premier, po międzynarodowe, sceniczno-muzyczne projekty edukacyjne.
- Moim celem jest poszukiwanie nowych form teatralnych, łączenie teatru z innych sztukami oraz poszukiwanie nowych przestrzeni społecznych dla istnienia teatru - deklaruje Hołdys.
Mumerus działa w szerokim nurcie tzw. teatru formy. Często słabością tego typu teatrów jest nonszalancki stosunek do tekstu. Specjalnością Mumerusa są tymczasem najwyższej próby wybory literackie: od brytyjskiej klasyki, Carolla czy Swifta, przez Kafkę, po polskich autorów, cechujących się szczególną dbałością o słowo, jak Bruno Szulc, czy Bolesław Leśmian. Inspiracje plastyczne także, choć czasem pośrednio, odwołują się do literatury. W twórczości Hołdysa znajdziemy całe sekwencje scen nawiązujących do malarstwa Witolda Wojtkiewicza, samego Szulca, czy choćby Tadeusza Makowskiego.
Najnowsza, jubileuszowa premiera Mumerusa to "Głupia mąka wariatów". Spektakl tyleż absurdalny, oderwany od rzeczywistości, co mocno osadzony w materii, wręcz w cielesności i erotyce. Takie nieustające przenikanie się świata fizycznego i metafizyki to mocna strona hołdysowych kreacji, konsekwentnych, obsesyjnych.
Tym razem wielką księgą inspiracji jest "Xięga bałwochwalcza", z jej stylistyką, sposobem obrazowania, maniakalnymi motywami. Mamy też zestaw ważnych dla Mumerusa tropów - system budujących dramaturgię wyliczanek ( tym razem to manieryczna "zła mąka, sypka mąka, głupia mąka wariatów") i zmieniających znaczenia "ubogich" rekwizytów, a także sprawdzony zespół aktorów. Reżyserowania zespołowej gry mógłby się nauczyć od Hołdysa nie jeden reżyser celebryta. Upozowana na szulcowską Adelę Anna Lenczewska, główna bohaterka "Głupiej mąki..." sprowokowała mnie, by pierwszy raz popatrzeć na spektakl Mumerusa w perspektywie genderowej. Mam nadzieję, że Wiesław Hołdys mi to wybaczy! Mumerus w zasadzie nie ma płci, ale czujemy w tych przedstawieniach wyszukaną, choć zdecydowanie męską perspektywę. Tym razem jednak w centrum uwagi jest kobieta - podmiot, choć oczywiście przede wszystkim przedmiot hołdysowo-szulcowskich obsesji, mroczny przedmiot pożadania, ale i utajone źródło lęków, przesublimowanych niechęci i obaw.
Prowokacyjnie odziana Adela nadaje rytm tej szulcowskiej opowieści i wyznacza jej zasady. W perspekywie scenicznej anegdoty jest przerysowaną dominą, ale na wyższym poziomie staje się wszechmocnym stwórcą. O czym jest ta konkretna opowieść? O pożądaniu, ale także o wyznaczaniu swego miejsca w relacjach. O zagubieniu i poszukiwaniu (sensu życia, ale także portfela), wreszcie o lęku przed śmiercią i ucieczce przed życiem. Nieustająca groza miesza się ze śmiechem, banalne przedmioty zamieniają się w perwersyjne fetysze. Wciąż powracające cyrki i ceremonie... I tak, od 15 lat toczy się gra. Ad multos annos Mumerusie!

Justyna Nowicka
Radio Kraków



Niekończący się „Dzień świra"


Gdzieś na początku słabo oświetlonej ulicy Kanoniczej znajduje się Teatr Zależny. Kiedy wejdzie się do środka, a potem jeszcze niżej, w głąb – schodami w dół – dociera się do piwnicy. Tam jest scena Teatru Mumerus. Tam dzieją się rzeczy niezwykłe. Tam otwiera się inny świat.
Twórców Teatru Mumerus cechują nieskrępowana wyobraźnia i nieprzewidywalność. Oglądając ich spektakle nigdy do końca nie wiadomo co, komu, kiedy, gdzie i dlaczego. Surowa przestrzeń pod powierzchnią zjawisk codziennych, jaką jest scena w piwnicy to idealne miejsce na takie doświadczenie. Nie ma tu zbędnego efekciarstwa, za to wszystko dzieje się blisko, niemal „na wyciągnięcie ręki" widzów. Na początku aktorzy mają na głowach kolorowe, papierowe czapki. Mówią o ustępowaniu sobie miejsca. Tym samym zaczyna się fascynujące widowisko, za którym stara się podążyć widz.
Punktem wyjścia staje się Bruno Schulz i jego trudna, bardzo plastyczna proza. W tym spektaklu wszystko jest takie jak u Schulza: wyolbrzymiane, przerywane, powtarzane. Postaci są jakby nadwrażliwe na zjawiska codzienne, doświadczają wizji. Następujące po sobie sceny płynnie przechodzą jedna w drugą – z ulicy przenosimy się na teatralną widownię, a potem nagle robi się wieczór w labiryncie miasta, żeby nagle wylądować na peronie w oczekiwaniu na pociąg. Nieustanne przemiany i gra z wyobraźnią widza – wypróbowywanie jej. Motywy znane z opowiadań Schulza (zgubienie portfela, a potem niemożność odnalezienia drogi na oświetlonej reklamami ulicy) przeplatają się z cytatami z codzienności (jak przepychanie się przez publiczność). Są to trochę też obserwacje, czynione z perspektywy głównego bohatera „Dnia świra". Oczywiste, dobrze znane sytuacje nagle urastają do rangi kuriozum. Rzeczy, które każdy zna są celowo izolowane, tworzą kolejne sekwencje.

Nie sposób pominąć erotyki, tak bardzo obecnej w tej opowieści. Każdy kawałek kobiecej nogi, każde skinienie ręką odbierane jest przez mężczyzn bardzo silnie. Przypomina to rysunki z „Xięgi Bałwochwalczej" Bruno Schulza: mężczyźni najczęściej na kolanach, skradają się za kobietami, próbując je podejrzeć lub niezauważalnie, służalczo, zbliżyć się do nich. Kult kobiecego ciała i jednoczesne zezwierzęcenie – sprowadzenie wszystkiego do seksu, rządów cielesności. Gorzka diagnoza. Podana jednak w sposób lekki, zmuszający do śmiechu. Pojawiają się też elementy takie jak telefon komórkowy, aparat fotograficzny, które przybierają formę bezpośrednich metafor, dotyczących ludzkiej fizyczności i drzemiących w niej żądz.

Teatr Mumerus w swoim najnowszym spektaklu pokazuje, że jest taka granica szaleństwa, za którą już tylko śmiech. Wydawałoby się, że z tej „złej mąki, sypkiej mąki, głupiej mąki wariatów" chleba nie będzie. Okazuje się, iż jest zupełnie odwrotnie. Zgrany, aktorski zespół właśnie to pokazuje. „Głupią mąkę wariatów" cechuje inteligencja i komizm, obnażany w absurdzie i szczerości. Widzenie świata na sposób jego opisywania przez Schulza – wyolbrzymionego, w jaskrawych barwach. Ważne jest tu również zwrócenie uwagi na względność czasu i przestrzeni. Świetnie oddaje to jedna z najlepszych scen – oczekiwania na pociąg. Każdy z pasażerów wysnuwa z siebie jasny sznurek i sam ustala linię peronu. Te linie nie przecinają się, choć cały czas zmieniają miejsce. Każdy ma swoje pojęcie o świecie, swoją zdziczałą filozofię, mniej lub bardziej rozbuchaną wyobraźnię. To krótkie, bo trwające niecałą godzinę widowisko pokazuje, że nasza ludzka, metaforyczna ułomność i głupota jest mąką wciąż mieloną na nowo. Natomiast w nas samych jest więcej tajemnic i ślepych zaułków (które znamy tylko my sami), niż by się mogło wydawać.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
10 listopada 2014

I nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości, czyli "Głupia mąka wariatów" w Mumerusie.


Zabieram się za pisanie o Teatrze Mumerus zawsze za późno. Jakby pisanie o spektaklach tego teatru na gorąco było zadaniem zbyt trudnym, a pisanie z obrazów przeszłości zapamiętanych przez niedoskonałą pamięć, usprawiedliwiało wszelkie nieścisłości.

"Głupia mąka wariatów" to spotkanie z prawdziwym teatrem. Z czernią kulis, ubogą maszynerią sceniczną, grą aktorską na wysokim poziomie, dawno nie spotkaną interpretacją tekstów, zmiennych nastrojów wewnętrznych w dość szybkich przejściach i słyszalność zespołu aktorskiego. Tego mogłaby pozazdrościć każda zawodowa scena!

"Głupia mąka wariatów", jakby o nas, zagubionych i poszukujących dla siebie miejsca. Taki teatr w teatrze. Śmiejemy się z samych siebie. Niby chcemy być wielcy, a wypadamy śmiesznie. Nawet patrząc na widownię zorganizowaną na scenie, sami zaczynamy mieć wątpliwości, czy my jesteśmy na miejscu i jakie są nasze motywacje wyjścia do teatru i kupienia biletu.

Jeśli już o teatrze w teatrze, to bardzo ciekawy jest epizod wychodzenia z teatru. Kiedy trzeba się przecisnąć pomiędzy nogami, brzuchami i wreszcie biustami kobiet. Aktorzy robią to perfekcyjnie!

Ktoś powiedziałby, że to teatr formy. W pierwszym czytaniu można mieć takie wrażenie, ale to teatr przede wszystkim słowa, z jego perfekcyjnej interpretacji wynikają wszelkie działania. Słowo staje się źródłem tworzenia obrazów scenicznych.

Zespół aktorski tworzą cztery osoby, które opanowują przestrzeń sceniczną, działają w dwóch planach, ciągle coś się dzieje. Nie wiem jak udało się umieścić dwa plany gry na tak małej przestrzeni. To już kategoria: mistrzostwo świata!
Teatr, który podaje mi wszystko na tacy jest mało interesujący, jeśli w głowie mam setki możliwości interpretacyjnych, oczywiście popadam w panikę, że z moją inteligencją jest coś nie tak, że nie odnajduję jednej, najwłaściwszej myśli, ale dzięki temu, że ćwiczę tym sposobem mózg, mam nadzieję, że po latach dojdę do jednego słusznego wniosku.

Przykro mi, ale nie napisze o czym jest ten spektakl. Powiem tylko, że uruchamia w nas coś, co posiadaliśmy jako dzieci, że rozumieliśmy rzeczywistość nie nazywając jej. Po wyjściu z "Głupiej mąki wariatów" czujemy podskórnie wszelkie sensy, znaczenia, ale ku naszej rozpaczy nie odnajdziemy dla nich odpowiednich słów. Stwierdzenie: czułem, że zrozumiałem teatr - będzie trafne.

Spektakl opowiada o naszym życiu niczym w kanonie. Sekwencje powtarzają się, jednak jesteśmy dojrzalsi o kolejne doświadczenie, jesteśmy nad tym samym punktem, ale mamy dla niego inną juz perspektywę. Pojawiają się subtelne smaczki związane ze zmysłowością, nawet nieco rozwiązłości. W tym wypadku to czysta poezja.


Dziękuję Mumerusie!

blog Inwentaryzacja
http://inwentaryzacja2014.blogspot.com/

Gra z wyobraźnią, czyli „Głupia mąka wariatów”


Tajemniczy klimat, jaki panuje w Teatrze Mumerus, powoduje, że od samego początku wpada się w wir przedstawienia, jakim jest „Głupia mąka wariatów”. To, co odbywa się na scenie, wchłania i nie pozwala wybiegać myślami poza mury Teatru Niezależnego na ul. Kanoniczej…
„Zła mąka, sypka mąka, głupia mąka wariatów” – to zdanie, które powtarza się kilkanaście razy podczas spektaklu. W ten sposób mamy wrażenie pewnej cykliczności wydarzeń; powtarzalności losów. Świat niby zamyka się w obrębie określonej czasoprzestrzeni, ale czy na pewno? Z pewnością mamy do czynienia z rozmaitymi scenami, niekoniecznie wiążącymi się pod względem treściowym. Ale przecież na jakiejś zasadzie zostały dobrane i poukładane między sobą. Nawet jeśli decyduje o tym przypadkowość, to są to niezwykle trafne połączenia. Przenosimy się bowiem od ulicy do teatru, od codziennych spraw do okazji zdarzających się tylko czasem, od pozornie błahych incydentów do filozoficznej pętli czasu, jaką prezentuje scena z czekaniem na pociąg.
Główna postać – kobieta – emanuje erotyką. Z jednej strony „wyznacza zasady gry”, z drugiej pozwala na samoistne działania pozostałych postaci. Bohaterowie jakby żyją razem, ale osobno. Nie sposób istnieć bez innych widzów w teatrze czy bez innych ludzi na ulicy… Jednocześnie te relacje są często dwuznaczne, niewygodne, zakreślające naszą podmiotowość.
„Głupia mąka wariatów” powstała na podstawie opowiadań Brunona Schulza. Jest to spektakl pełen niedomówień, scen absurdalnych, pozostawiających pole do wyobraźni. I dobrze. Bo dopiero wtedy widz przekonuje się, jak wielka jest magia teatru, jak dalece można dojść w swoich wyobrażeniach. Postaci często zmieniają swoje role, rekwizyty często zmieniają swoje funkcje, a widzowie często muszą zmienić swój ogląd. Wszystko to powoduje, że gra wciąż się toczy i doprawdy nie wiadomo, kiedy się skończy. Czy w ogóle nastanie jakiś koniec? Czy możemy jasno odpowiedzieć na pytanie o naturę świata i jego elementy? Wydaje się, że jedyna pewność, jaką mamy, to myśl, że to my tworzymy rzeczywistość, to nasze wyobrażenia formułują wszystko dookoła.
„Głupia mąka wariatów” to jedna ze sztuk wystawianych w ramach Lata Teatralnego Mumerus, które odbyło się w dniach 28 czerwca – 2 lipca. Sztuka wystawiona została na scenie Teatru Żależnego Politechniki Krakowskiej.
Spektakl obejrzałam dzięki uprzejmości Teatru Mumerus.
Alicja Wielgus
Portal kulturatka.pl

Mąka na młyn (Głupia mąka wariatów)


Teatr Mumerus nie zawodzi wiernych fanów – ani swoich, ani Brunona Schulza. Najnowsza inscenizacja inspirowana opowiadaniami (i innymi dziełami) tego pisarza wpisuje się w charakterystyczną formę teatralną wypracowaną przez Wiesława Hołdysa i jego zespół.
Wita nas obraz leżącej na scenie kobiety w czerni. Dopiero gdy wstanie, objawi się w pełnym rynsztunku Schulzowskiej dominy, jakby wyjętej z kart Xięgi bałwochwalczej. Inspiracja grafikami drohobyckiego artysty jest w Głupiej mące wariatów bardzo silnie podkreślona, tak, że nabiera charakteru graniczącego niemal z parodią. Podobnie dzieje się z jego literacką twórczością. Ale ta trudno dostrzegalna linia między hołdem a pastiszem nie zostaje nigdy w przedstawieniu przekroczona. Mamy tu do czynienia raczej z konwencją żartu, a reżyser co rusz puszcza do widzów oko.
Spektakl ma formę luźno powiązanych ze sobą scenek, trudno dopatrywać się tu fabularnej ciągłości – podobnie zresztą jak w pierwowzorze. Zostajemy za to zatopieni w Schuzowskiej wizji świata, wiecznie płynnego i balansującego na granicy absurdu. Cały nacisk położony zostaje na formę teatralną, na którą twórcy umiejętnie przekładają prozę Schulza, zmieniając się razem z nią i przechodząc od jednej roli do następnej.
Ramy zarysowane przez fikcję literacką zostają przekroczone, gdy na scenie pojawia się również sam pisarz, w zabawny sposób przywołujący postać Witkacego i całujący stopy swojej femme fatale. Majstersztykiem jest też zabawa z czwartą ścianą, gdy rzeczywistość sceniczna zaczyna odbijać tę na widowni w niekonwencjonalnej scenie teatru w teatrze. Aktorzy Mumerusa wcielają się w niej w publiczność, wpatrującą się w nas z napięciem, w oczekiwaniu na rozpoczęcie spektaklu. Początkowo naturalne zachowanie zmienia się w coś przypominającego pojedynek na miny, parodiujący konwenans obowiązujący w takiej sytuacji.
Scen-perełek jest w Głupiej mące wariatów więcej. Ich kalejdoskopowa kolekcja wzbudza jednak obok zainteresowania tęsknotę za nieco bardziej uporządkowaną formą. Aż się prosi, żeby zakończyć na powrocie do początkowego obrazu – pod koniec niedookreślona postać kobiety grana przez Annę Lenczewską ponownie kładzie się na scenie, tym razem obrysowując swoje stopy białym sznurkiem, co w kontekście sceny ewidentnie odsyła do skojarzenia ze śmiercią. Być może byłoby to banalne i oczywiste zakończenie, ale miałoby ono swój prostolinijny urok. Zupełnie niezrozumiała wydaje mi się jednak piosenka-opowieść wieńcząca spektakl w rzeczywistości. Wszyscy aktorzy pojawiają się w jej trakcie w głębi sceny i zakładają na siebie mnóstwo kolorowych rekwizytów, rażących swoją sztucznością i nieprzystawalnością do wcześniejszej estetyki przedstawienia. Radośnie pokrzykują dwuznaczne teksty na temat strażaków, którzy chętnie pomogą każdej damie w potrzebie. Bardzo to wszystko energetyczne i momentami zabawne, ale dlaczego funkcjonuje jako koda tej inscenizacji? Być może umknęły mi jakieś ukryte sensy tego posunięcia, ale nie udało mi się wymyślić jego przekonującego uzasadnienia.
Mimo tego drobnego zastrzeżenia, Głupia mąka… to nadal bardzo dobre przedstawienie, w którym udaje się zatrzymać bardzo charakterystyczny styl i atmosferę dzieł Schulza, wykorzystując przy tym maksymalnie medium teatru.

Aleksandra Spilkowska
Internetowy Magazyn Teatralia

GŁUPIA MĄKA WARIATÓW OD TYŁU

Pokora jest matką sztuki: robienie spektakli z arcydzieł prozy jest skazane na to, że spektakl będzie gorszy od pierwowzoru. Tak więc, szanowny czytelniku, lepiej przeczytaj Schulza. Jeśli jednak coś cię zainteresowało w naszej fascynacji Schulzem, w wyniku czego powstał spektakl Teatru Mumerus "Głupia mąka wariatów" - możesz przeczytać ten tekst i pójść do teatru.
Najpierw musi być początek. W przypadku każdego ze spektakli jest nieco inaczej, ale zawsze na początku jest coś w rodzaju iskierki inspiracji: jakaś sytuacja na ulicy, zapamiętane zdanie z książki, obejrzany obraz... Pierwszym opowiadaniem Bruno Schulza, jakie przeczytałem czterdzieści lat temu, był "Emeryt" - opowieść o radcy o imieniu Szymcio, weteranie abecadła, który wraca do szkoły, gdzie dziecinnieje na amen, aż w końcu porywa go wiatr. Wrażenie z tej lektury, śmiech, który jej towarzyszył noszę w sobie do dziś. Schulz mnie śmieszy.
Jesienią 1994 pracowałem nad spektaklem na końcu Polski. I nie wiem, co mnie tak zmęczyło - dojazdy dwa razy w tygodniu, praca w instytucji artystycznej... dość, że po premierze i powrocie do domu spałem dwie doby. A kiedy wstałem, niezupełnie jeszcze przytomny, sięgnąłem po pierwszą lepszą książkę stojącą na półce, aby lekturą ocucić zaćmiony snem umysł. Było to "Sanatorium pod Klepsydrą", przeczytałem tytułowe opowiadanie - po czym sięgnąłem po nożyczki, ołówek i papier i zacząłem wycinać postaci i przedmioty z opowiadania. Po czym ustawiłem je na stole - i przekładając w różne konfiguracje, napisałem scenariusz spektaklu.
Z którym to scenariuszem błąkałem się po różnych teatrach i innych instytucjach, aż w końcu udało się go zrobić w teatrze w Tarnowie w 1988 roku. Zresztą praca nad tym spektaklem, nazywał się on "Sanatorium pod Klepsydrą", leży u genezy Mumerusa - część aktorów bardzo chciała kontynuować wspólną pracę z niżej podpisanym reżyserem, niekoniecznie w ramach instytucji, więc założyliśmy Stowarzyszenie i w rok później daliśmy pierwszą premierę. Ale to nieco inna historia.
Piętnaście lat później przybył z Drohobycza do Mumerusa ukraiński aktor, Aleksander Maksymow. Powód: stypendium Aleksandra w programie Gaude Polonia, gdzie byłem jego opiekunem, a Aleksander miał - jako stypendysta - wystąpić w spektaklu wg Schulza. Oprócz Aleksandra poprosiłem jeszcze dwóch aktorów: Annę Lenczewską i Jana Mancewicza. Nad tym spektaklem pracowaliśmy w ogóle bez scenariusza – ktoś przynosił fragment z Schulza, nie tylko z prozy, także z grafik, co stawało się zaczynem etiud. Taka metoda przynosi bardzo dobre efekty - pod warunkiem, że się robi, a nie gada. To znaczy - jeśli jest pomysł to musi być on możliwy do pokazania na pustej scenie, maksymalnie z udziałem 2-3 osób. I jak w klasycznej burzy mózgów - nie krytykuje się pomysłów przed ich pokazaniem.
W końcu powstał spektakl, "Niewyczerpany transformista", do którego jednak nie weszło kilka motywów i nawet gotowych scen, jakie pojawiły się w procesie prób, mimo że budowały pewną dramaturgię. I to stało się początkiem następnego spektaklu: na motywach Schulza, do którego próby zaczęliśmy latem 2013. W tym wypadku bardzo długo rozmawialiśmy, aby jak najgłębiej zrozumieć to, co było inspiracją. Przygotowałem zarys scenariusza, który rozpoczynał się sceną z "Sierpnia" Schulza - obrazem bożka pogańskiego: wariatki Tłuji, siedzącej na kupie śmieci. "Czas więziony w jej duszy, wystąpił z niej straszliwie rzeczywisty i szedł samopas przez izbę, hałaśliwy, huczący, piekielny, rosnący w jaskrawym milczeniu poranka z głośnego młyna-zegara, jak zła mąka, sypka mąka, głupia mąka wariatów." Ta fraza Schulza nas zachwyciła i ostatecznie z "Sierpnia" jedynie fragment jednego zdania pozostał - jako tytuł. I jeszcze chęć zrobienia spektaklu o czasie, który wystąpił z duszy i kroczy samopas. Teatr jest sztuką konkretu, ale trochę poetyckich motywacji jest także potrzebne.
Nie mieliśmy ani grosza na ten spektakl, aktorzy: Beata Kolak, Anna Lenczewska, Jan Mancewicz i ja powiedzieliśmy sobie, że musimy ten spektakl zrobić. Jakieś pieniądze są jednak potrzebne, choćby na kostiumy i rekwizyty (o honorariach nie marzyliśmy nawet) i trzeba było ich poszukać. Przerwaliśmy zatem latem, jesienią przerwaliśmy próby, aktorzy wrócili do swoich zajęć, od czasu do czasu grając spektakle repertuarowe w Mumerusie, ja zaś zacząłem pisać wnioski o granty na "Głupia mąkę wariatów". Prawie wszystkie z nich zostały odrzucone, eksperci Gminy Kraków zaszczycili nas nawet zaliczeniem naszego projektu do najgorzej ocenionych w konkursie grantowym, w końcu Województwo Małopolskie także w konkursie grantowym przyznało nam 10 tysięcy złotych.
Zatem w wakacje 2014 wróciliśmy do pracy. Kilkumiesięczna przerwa dobrze zrobiła - był czas na spojrzenie z dystansu i na napisanie nowej wersji scenariusza, a przede wszystkim na dokładne określenie przestrzeni scenicznej i postaci. Zresztą ten scenariusz zmieniał się wielokrotnie – w przypadku "Głupiej mąki..." powstały cztery wersje. Jedna z tych wersji składała się z samych obrazków - grafik Schulza ułożonych w ciąg fabularny.
Od początku prób wiedziałem natomiast jak ma wyglądać światło w spektaklu i jaka ma być jego kolorystyka. Często - jako reżyser - przystępując do pracy nie wiem, jakich tekstów użyję, wiem natomiast, jak będzie oświetlona scena i w jakiej tonacji barwnej zostanie spektakl zrealizowany. Światło i barwa są równorzędnymi partnerami dla aktora. Tu wiedzieliśmy, że światło będzie miało tylko dwa źródła, że będzie go bardzo mało i wiele gry odbędzie się w cieniu bądź półmroku. Co zresztą wymaga specyficznych umiejętności od aktorów. Założyliśmy też, że przestrzeń podzielimy na dwie części - jedna będzie monochromatyczna (skala szarości - jak na starej fotografii) - w drugiej użyjemy trzech kolorów podstawowych (czerwony, żółty, niebieski).
W lipcu 2014 pracowaliśmy codziennie. To jest ten błogosławiony dla Mumerusa czas, kiedy aktorzy - wolni od zajęć etatowych w teatrach, albo od ganiania po Polsce za złamanym groszem, celem niezdechnięcia z głodu - ten czas, kiedy można przez miesiąc codziennie, spokojnie pracować. Zresztą większość naszych spektakli powstała właśnie w lipcu. Na kanwie scenariusza budowaliśmy etiudy (część powstała wcześniej, część - z tych powstałych wcześniej - odrzuciliśmy). Zaglądaliśmy często też do grafik zawartych w "Xiędze Bałwochwalczej". I z całej tej materii gestów, spojrzeń, pozycji narysowanych przez Schulza zbudowaliśmy zarys przedstawienia. W końcu poprosiłem aktorów, aby zagrali to, co do tej pory zrobiliśmy, w jednym bloku, bez przerywania, i – co najważniejsze – bez słów. I po tej próbie wiedzieliśmy już, że spektakl powstał, tylko – jak w palimpseście – trzeba było odczytać pierwotne znaczenia.
Swoją drogą - to niezwykle użyteczne doświadczenie. Nasza współczesność, kultura, a teatr w szczególności cierpi na nadmiar gadulstwa. Gadają, gadają, topią się w morzu słów, aż muszą podkreślać słowa mające znaczenie, więc co chwila dodają "tak naprawdę", ale tego "tak naprawdę" też w końcu jest za dużo i nie wiadomo co jest naprawdę, a co nie naprawdę, no więc, żeby na amen nie uśpić słuchacza, co chwila dodają niby to wymagające potwierdzenia "tak?". W teatrze z kolei drą się na ogół przy pomocy mikroportu do widowni przeplatając to ekspresyjnym szeptem i przekazując - jak nudny belfer z katedry - rzeczy banalne i oczywiste. A podczas tej próby okazało się co jest istotne, co można wyrazić samą sytuacją i które słowa są potrzebne, a które nie. Nie było zresztą tych słów zbyt dużo.
Na tym etapie prób włączył się Michał Braszak ze swoim urządzeniem, które jest połączeniem telefonu i orkiestry symfonicznej. Michał Braszak to muzyk, obdarzony absolutnym słuchem teatralnym, potrafiącym usłyszeć przestrzeń teatralną i dodać tyle dźwięków, ile jest potrzebne. Ani mniej, ani więcej - tylko tyle ile potrzeba.
Włączyła się też Katarzyna Fijał, plastyk, obdarzona - jak to artystka - wyobraźnią niezwykłą, ale także parą rąk, która potrafi wszystko przyciąć, pomalować, zeszyć, znitować i skleić. W naszym spektaklu nie ma czegoś takiego, jak "scenografia". Jest za to przestrzeń, określona podczas prób i istniejące w tej przestrzeni postaci ubrane w kostiumy i posługujące się rekwizytami. I te właśnie kostiumy i rekwizyty stworzyła - słuchając bacznie aktorów i reżysera - Katarzyna Fijał.
Istotny jest moment, w którym muzyk i plastyk włączyli się do pracy. Nie na początku prób, ani nawet nie przed próbami - celem przekazania gotowych kompozycji i projektów, do których trzeba było dorobić spektakl. Przyszli wtedy, kiedy trzeba. Bo zdarza się, że kiedy muzyka zostanie nagrana, a projekty plastyczne zrealizowane i zostanie to oddane na scenę, co bywa na ogół na końcu prób, to bywa tak, że to co założyliśmy sobie na początku różni się od tego, co w końcu nam wyszło i projekty wraz z gotową muzyką do tego nie pasują. Zwykłe teatry wyrzucają cześć rzeczy do kosza, reżyserzy i dyrektorzy drą włosy z głowy, próbując jedno z drugim jakoś skleić, albo nawet odwołują premierę. My jesteśmy na to za biedni i szkoda nam nerwów.
Na próby przychodził też Glen Cullen, amerykański reżyser, zamieszkały w Krakowie. Glenn jest bardzo pomocny w naszej pracy, bo słabo rozumie język polski, za to obdarzony jest słuchem scenicznym. Co bywa bardzo pomocne - Glen nie rozumiejąc dokładnie słów widział więcej z tego, co dzieje się poza i obok tekstu. Z kolei również przychodząca na prawie wszystkie próby Agnieszka Dziedzic słowa rozumiała i uczestnicząc praktycznie w całym procesie stwarzania spektaklu mogła nam opowiedzieć to, co widać z dystansu, a co często umyka osobom bezpośrednio zaangażowanym na scenie, reżysera nie wyłączając. Sporadycznie pojawiały się na próbach osoby, które można nazwać przyjaciółmi teatru: "Czy można popatrzeć na próbę?" Osoba taka otrzymywała zgodę, po czym - po skończonej próbie była proszona o to, aby w prostych słowach opowiedziała to, co widziała. Nie mówiła, czy się podobało albo nie, ale po prostu opisała słowami. Albowiem można i należy uprawiać sztukę awangardową, ale trzeba cały czas pamiętać o komunikacji z odbiorcą.
Potem rozpoczął się sezon w teatrach, aktorzy pracowali nad "Mąką...", kiedy mogli, niektórzy przyjeżdżając na próby z Łodzi i Rzeszowa. Spotykaliśmy się 1-2 razy w tygodniu, czasami z dwutygodniową przerwą. Przed premierą kilka prób jedna po drugiej, a w końcu zagraliśmy dla publiczności. To początek nowej drogi, spektakl ciągle się zmienia, dlatego, że publiczność jest partnerem, a teatr to rozmowa. Może być bez słów, ale rozmowa.


Wiesław Hołdys
reżyser
Blog Teatru Mumerus

Partnerzy

PartnerzyPartnerzy

Partnerzy medialni

Partnerzy medialniPartnerzy medialniPartnerzy medialni

Wsparcia finansowego udzielili

Wsparcia finansowego udzieliliWsparcia finansowego udzieliliWsparcia finansowego udzieliliWsparcia finansowego udzieliliWsparcia finansowego udzieliliWsparcia finansowego udzieliliWsparcia finansowego udzielili