Jarmark cudów

Jarmark to miejsce, gdzie prezentuje się różne cudowne przedmioty, czary i remedia, a także na którym występują wędrowni kuglarze, szarlatani,pątnicy, dziadowie i żebracy. Na tym jarmarku gra muzyka, leczy się wszelakie choroby,wypędza diabła,śpiewa nabożne pieśni, a nawet można się uwolnić od opętania . Czasem też pojawiają się czarownice w towarzystwie pokuśników. Można też zobaczyć kukiełkowy teatr przedstawiający Nędzę z Bidą, co z Polski nie wynidą, a czasami pojawia się na nim diabeł w swojej własnej, to jest strasznej, postaci. "Jarmark cudów" to sowie czyli błazeńskie zwierciadło.
Spektakl prezentowany jest w dwóch wersjach - w pomieszczeniach zamkniętych i wersji plenerowej.
Scenariusz, reżyseria, produkcja: Wiesław Hołdys
Scenografia: Jan Polewka
Muzyka: Barbara Zawadzka
Wykonawcy: Beata Kolak / Ana Nowicka, Anna Lenczewska, Olga Przeklasa, Karol Zapała, Robert Żurek
Kapela: Ewa Ryks, Dominik Klimczak, Michał Braszak/Józef Michalik/ Lesław Wydrzyński, Janusz Witko
Premiera - maj 2008
Spektakl powstał przy udziale finansowym Województwa Małopolskiego oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Remedium na zły urok
"Polubiłam Teatr Mumerus - teatr Wiesława Hołdysa. Teatr, za którym nie stoją wielkie instytucje i nie ciągną krytycy-adoratorzy. Hołdys stawia na wyobraźnię, posługuje się metaforą, nie mówi wprost, nie stawia tez. Przypomina o istocie, o korzeniach teatru - miejscu, gdzie rzeczywistość powinna ustępować kreacji, a aktor staje się szlachetnym kłamcą, genialnym obłudnikiem.
Nowy spektakl tego reżysera pt. Jarmark cudów jest drugą, kameralną odsłoną projektu Mit środka Europy: Jarmark cudów prezentowanego wcześniej na dziedzińcu Muzeum Etnograficznego. Nawiązuje do tradycji sowiźrzalskiej, czyli sowiego (a właściwie błazeńskiego) zwierciadła - w scenariuszu wykorzystano wywodzące się z tego nurtu anonimowe teksty pochodzące z XVII wieku, takie jak Peregrynacja dziadowska, Nędza z Bidą z Polski precz idą, a także wszelkiego rodzaju magiczne porady, przepisy i zaklęcia. To jeszcze inny rodzaj akrobacji - Hołdys pracuje ze swoimi aktorami posługując się tekstem dla współczesnego użytkownika polszczyzny całkowicie hermetycznym. I czyni to mistrzowsko.
Jarmark to u Hołdysa prawdziwe centrum świata, miejsce, gdzie wszystko może się przydarzyć. Uzdrowienia, iluminacje, kłamstwa, oszustwa, najpospolitsze z przestępstw. Jarmark to miejsce wymiany, przepływu energii, dobra i zła. Kosmicznego spotkania. Hołdys buduje narracje spektaklu wprowadzając widza w dziwny trans. Nie daje mu spokoju ani przez chwilę: hałasy intensywnieją i cichną starannie odmierzone, rytmy nasilają się i opadają, groza miesza się z momentami pogody. A teksty dotykają spraw fundamentalnych: sytości i głodu, zdrowia i choroby, życia i śmierci.
Hołdys ma poczucie humoru, choć początkowo wcale nie jest to oczywiste. Na jarmarku nie wszystko jest prawdą i nie każdy świątobliwy dziad to prawdziwy uzdrowiciel. I nie wszystkie czary i uroki się sprawdzają. Szczerze mówiąc, większość to zupełna blaga. Mam jedno zastrzeżenie - spektakl jest za krótki, trwa niespełna godzinę. Dałabym się tak oszukiwać przez co najmniej drugie tyle czasu. Na scenie Teatru Zależnego."
Justyna Nowicka
Kraków. Miesięcznik społeczno - kulturalny
styczeń 2009, nr 1, s.84-85
Justyna Mądro
"Jarmark Cudów" w teatrze Mumerus - recenzja
„Jarmark cudów” w wykonaniu Teatru Mumerus to prawdziwe cuda na kiju. Kraków ma w sobie pamięć książek, a Teatr Mumerus pasję ludzi, którzy go tworzą. To właśnie w krakowskich piwnicach przy ul. Kanoniczej 1 te dwa elementy połączyły się na wspólnej scenie.
„Jarmark cudów” pachnie przeszłością. Żebracy, wędrowni dziadowie, kupcy – każdy próbuje ugrać coś dla siebie. Tutaj trzeba mieć oczy dookoła głowy, w każdej chwili może okazać się, że zakupiony towar miał lepszy PR niż działanie. Jeden ze sprzedawców bezbłędnie diagnozuje schorzenia publiczności, oferując pietruszkę na problemy z potencją. No może nie do końca bezbłędnie, bo po kilku chwilach wyciąga garść pietruszki w moją stronę – „Weź se! Tobie też się przyda!”. Mimo że głusi i chromi – aktorzy wchodzą w interakcję z publicznością. Piwniczne sale przy ul. Kanoniczej 1, przygaszone światła, scenografia i w pewnym momencie naprawdę można zapomnieć, że ten starodawny jarmark nie dzieje się naprawdę. Ta kreacja historii idealnie odnajduje się pod dachem współczesności. Aktorzy zagęszczają atmosferę, odprawiając egzorcyzmy, by za chwilę zmienić front i rozbawić bajką o „Nędzy z Bidą, co z Polski idą”. „Diabeł” i „baba” odmieniani przez przypadki w końcu toczą walkę na widły i miotłę. Nawet sam ksiądz Natanek złapałby się za głowę.
Diabeł, który opętał kobietę (dobrze, że nie chciała iść na zakupy, bo wtedy dopiero byłby koniec świata) chce zmienić obiekt opętania i przenieść się na „chłopa, co w rowie spokojnie leży”. Na to nie zgadza się egzorcysta – męska solidarność czy jak? Aktorom towarzyszy dobiegająca gdzieś zza kotary muzyka, która buduje napięcie w wielu scenach. Teatralna przestrzeń powoli zapełnia się treścią ludzkich wierzeń, a wśród nich czary i uroki to tylko jeden z wielu wątków. Choć „diabeł wie, co wisi u samej wątroby”, o tym, co w teatrze piszczy najlepiej powie nam Teatr Mumerus.
Justyna Mądro
Portal miasteczkostudenckie.pl
Katarzyna Borys
Melodie jarmarczne
"O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem..." będzie to spektakl. Sęp Szarzyński niech się w grobie przewraca na wieść, że tak radośnie i energicznie można o walce tej mówić, nie zapominając oczywiście o adekwatnej dla tematu nutce smutku.
"Jarmark cudów" - tytuł wiele wyjaśnia: to szalona karuzela postaci, antologia zapomnianych już remediów na wszelkiej maści niemoce ciała i ducha: od opętania, przez impotencję, po katar. Wsiadacie?
Na to pytanie widz odpowiedzieć może dwojako, w zależności od swych mocy wewnętrznych i fizycznej wytrzymałości. Jak przekonuje sprzedawczyni "świętych" obrazów, szukająca nabywcy na "cudowny wizerunek" (rodem z opowieści o nowych szatach cesarza) - kto duszę ma czystą i chłonną ujrzy na nim świętą postać. Kto zaś zbrukany, zobaczy tylko białe płótno. Tak samo ze spektaklem - kto ma fantazję i da się ponieść koncepcji reżysera, podkreślonej mięsistą grą aktorów - znajdzie się na średniowiecznym bazarze, pełnym cudów, "w towarzystwie pokuśników".
A na jarmarku prawdziwy korowód postaci: wędrowni kuglarze, pątnicy, wiedźmy, opętane zakonnice, egzorcyści. Krótko mówiąc - przedstawiciele szanownych, acz zapomnianych już profesji. Postaci niby zindywidualizowane, a jednak wspólnie, chórem wygrywające szaleńcze melodie jarmarczne. Publiczność, przez głos ten nawoływana, staje się tłumem gapiów-współuczestników. Warto poddać się magii zaklęć, tajemniczych mikstur czy cudownych ziół - wiele można z mądrości ludowej zaczerpnąć. Jak okazuje się w trakcie spektaklu, szczególnie godna polecenia jest pietruszka (zło odgania!), nie wiedzieć czemu dziś sprowadzona do roli ozdoby w rosole.
Spektakl przywołuje na myśl rosyjskie matrioszki. Teatr w teatrze, niczym baba w babie, nie jest w przypadku tego ludycznego przedstawienia porównaniem deprecjonującym. Teatrzyk kukiełkowy "Nędza z bidą z Polski idą" zawarty (także tematycznie) w teatrze jarmarcznym, mieści się w spektaklu, w którym współuczestniczymy. Przed widzem otwierają się co rusz kolejne drzwi niczym "stacje" nowej, intrygującej sceny.
Oto pojawia się zakonnica - początkowo mrucząca pod nosem nabożne modlitwy, profilaktycznie szepcząca swoje mantry. Dusza jej jednak jest w kolorach habitu - biało-czarna. Szybko trafia w sidła zastawione przez "złe". Obserwujemy scenę, w której upadła siostra siedzi na drabinie. Drabinie, rozkraczonej niczym dusza opętanej, między Niebem a Piekłem. A obok ksiądz-egzorcysta, w podobnej pozie, na podobnym siedzisku, co nie pozostanie bez konsekwencji dla jego dalszych losów. Na jarmarku nikt nie zna dnia ani godziny, gdy jego dusza chyłkiem przemknie spod jednych rządów w inne.
Odgrywanym scenom towarzyszy sztafaż adekwatnych dla miejsca i epoki przedmiotów. Klekoczą kołatki, sprzedawane są obrazy i szkaplerze, w ruch idą kropidła, a gdy te nie pomogą w wypędzaniu sił nieczystych, także widły. Są i średniowieczne środki transportu - wóz drabiniasty czy taczki mieszczą cały dobytek bohaterów.
Niezwykła energia przedstawienia, będąca zasługą charyzmatycznego aktorstwa, jest napędzana dodatkowo przez muzykę graną na żywo. Szczególnie akordeon kojarzony z biesiadami, sprawdza się na tym kolorowym bazarze.
Słowem - "Jarmark cudów" to soczysta porcja historii teatru, bez nudnego dydaktyzmu, sugestywna i niezwykle dynamiczna.
Katarzyna Borys
Internetowy magazyn teatralny Teatralia
Jarmarcznicy trzęsigłowy
„Niecodzienne zbiegowisko na śródmiejskim rynku” – ni to jarmark, no to sabat, dziadowska peregrynacja czy dusz zbolałych leczenie. Którędy diabeł wszedł, tedy i wyjść musi. Grozi więc rozpustnicy opętanej mnich na gałęzi się huśtający, co kropidłem strasząc, wyklinanie czyni. Na rynku wielkie na czary zapotrzebowanie. Zwołując tych z prawa i tych z lewa, „do mnie, do mnie” krzyczą kuglarze. Widzowie, niczym dzieci zaczarowane cudami średniowiecznego jarmarku, ku coraz to nowszym zabiegom odwracają głowy, w roześmianiu, w słów potoku rozedrganymi przebierając rękami. Tu z beczki czarownica zawoła, opodal teatrzyk Bidy z Nędzą się rozkłada, tam znów „szkaplerze, różańce, medaliki (…), kamfora, którą należy w wódce rozpuścić”, księgo tajemne, a nawet sam rogaty w skrzyneczce, co wielce będzie wdzięczny za wypuszczenie.
Zaklęć, zawołań masa cała. „Uczyń napar, wypij świeży / A świat w słowa twe uwierzy…”. A dalej proszek przeciw kostusze i pietruszki ziele… na impotencję (lub, jak kto woli, na kuglarską „gupote”). Magiczne to obrzędy, co śmiech wskrzeszając, mieszać się każą światom. Obok sposobów na czarownicy złe oko (a przecież wszyscyśmy jakoś oczarowani, nie pomogło wiązanie czerwonej wstążeczki?) relikwiami handel się kręci, cudaczne się rozkładają obrazy dawno nie święte. Dalej znów „w drzwiach świątyni na serwecie krzyże po trzy grosze”.
Mnich, co diabła wypędza – a może i kusi „by mu dogodził, by go nawiedził” – chwil kilka później rogatego przybiera oblicze. Wszak wiadomo z baśni, że wypędzony co prędzej w najpodatniejszą na swe wpływy wskakuje duszę. Teraz zwierciadłem mamić zaczyna, na świat rogi swe czerwone, siarki zapach drażniący i ogon włochaty przywlec próbuje. A pcha się to… W rytm muzyki Złego wymiatanie. Bo choć gdzie nie może sam, tam babę pośle, to tylko baba, a nie Rituale Romanum, ostatecznie da mu radę.
Na jarmarcznej scenie z desek złożonej krzywo stykają się światy. Dobro i zło sobie w oczy patrzą, duchy nad głowami wirują, słowa stają się ciałem, drwina przez ramię zagląda, a zaklinane sprawy najistotniejsze nagle wydają się prostsze. Budzą podziw i… trwogę. Omotani muzyką, zaplatani w słowa chodzimy, „prostaczkowie szczęściem oczadzeni”, w tym sowim zwierciadle świata na opak, gdzie w siedemnastowiecznym tekście, niczym w krzywym lustrze chwil, odbijają się tęsknoty nie takie znów obce współczesnym. Świat jarmarcznej sceny sprzedając śmiech, urealnia absurd, tym samym niemal w każdej scenie puszczając do nas oko. A wszystko to „niedomarzonych szafarze marzeń (…) Starzy kuglarze”.
Magdalena M. Baran
Kultura liberalna
czerwiec 2009
http://kulturaliberalna.pl/
Cuda i latające kiełbasy z sowizdrzalskiego kramu
"(...)Mumerus to jeden z krakowskich zespołów offowych, który potrafi zaskoczyć widza niekonwencjonalnymi rozwiązaniami, niezwykłymi efektami, uzyskanymi dzięki prostocie środków ("Dr K Hommage a Franz Kafka"), czy niebanalnym przełożeniem malarstwa na język sceny ("Cyrki i ceremonie" inspirowane malarstwem Witolda Wojtkiewicza). Po obejrzeniu kilku przedstawień powoli zarysowuje mi się istota tego teatru, choć od razu zaznaczam, że to zaledwie zarys szkicowy, gdyż nie znam całości twórczości zespołu, by móc o niej więcej orzec. Do tej pory zaobserwowałam, że w centrum zainteresowań Mumerusa stoi szaleństwo w szerokim tego słowa znaczeniu - od szału artysty, który rodzi oniryczne wizje, poprzez doświadczenia człowieka na granicy życia i śmierci, tak bliskie szaleństwu, po obłęd wpisany poniekąd w codzienną egzystencję człowieka średniowiecza, rzuconego między mrok i tajemnicę gotyckiego kościoła a pogańskie obrzędy czy czary, odstraszające złe duchy. Nie jest to szał wystudiowany, wydestylowany w warunkach laboratoryjnych, zazwyczaj generuje się samoistnie gdzieś pomiędzy żartem (bo i tego nie brakuje w przedstawieniach Mumerusa), słowami piosenki o prostej, choć silnie przyciągającej melodii. Bywa też w podniszczonych rekwizytach, w poetycko budowanych obrazach scenograficznych - wypełnia niewielką scenę przy ulicy Kanoniczej, niczym powietrze, ale powietrze czyste, nie wywołujące duszności.
"Jarmark cudów" to spektakl plenerowy, więc od początku ciekawiło mnie, jak artyści poradzą sobie z zamknięta przestrzenią i czy przedstawienie przejdzie bez uszczerbku tę próbę. Rozpoczęlo się od hałaśliwego pochodu grajków, czarownic, kramarzy, błazna, duchownych, zachęcających widzów do wspólnego przejścia z sali na parterze budynku, schodami do piwnicy, gdzie znajduje się scena Teatru Zależnego, zrzeszającego krakowskie teatry niezależne. Początkowo uśmiechałam się tylko bez przekonania, bo nie wierzyłam, że coś wyjdzie z tego "hasania", nijak oddziaływującego na przestrzeń. Ot, przyszli aktorzy i robią wiele hałasu. Przekonywały mnie powoli świetnie dobrane anonimowe teksty, prawdziwe perełki literatury sowizdrzalskiej pochodzące z początku XVII wieku, np.: "Peregrynacja dziadowska", czy "Nędza z Biedą z Polski precz idą" . Kolejnym czynnikiem, pozytywnie wpływającym na recepcję przedstawienia, były rekwizyty, stroje oraz lalki; pozwalały odczuć atmosferę jarmarcznego zbiegowiska na placu targowym sprzed ponad 400 lat, nie będąc zarazem nudnym ilustrowaniem historii - wiernym, choć pozbawionym ducha epoki. Stąd też szczypta humoru w samych strojach, jak choćby fikuśny kapelusik ze świeczkami na głowie Błazna (Anna Nowicka). Duże wrażenie zrobiły także rekwizyty - ogromna drewniana beczka, z której co jakiś czas wychylała się głowa zuchwałej czarownicy, zachęcającej do skorzystania ze swoich nadprzyrodzonych umiejętności, lub skosztowania naci pietruszki, która jest podobno niezawodnym remedium na... impotencję. Nie mogę nie wspomnieć o dewocjonalia wszelkiej maści - od medalików i różańców, z zapałem zachwalanych przez kramarza, poprzez liczne obrazki przedstawiające świętych, po tryptyk malarski wykonany na drewnianych deskach, składanych do środka, umocowany na plecach wspomnianego już Błazna; od wewnętrznej strony tryptyku wymalowano wizerunki świętych, przywodzące skojarzenia z ikonami bizantyjskimi.
Po scenie targowej aktorzy otwierają drzwi (stare, masywne - co jest tutaj niewątpliwą zaletą, gdyż świetnie wpisują się w poetykę przedstawienia) do właściwej sali teatralnej. Teraz dopiero zaczną się harce sceniczne - radość prostej egzystencji, witalność, zabawa inkrustowana umartwianiem się nad własną niedolą, złymi warunkami materialnymi, czy nieprzewidywalnością losu. Pojawia się motyw teatrzyku lalkowego, dla zainscenizowania tekstu "Nędza z Biedą...". Będą też egzorcyzmy, wypędzanie Diabła z opętanej jego mocą kobiety. Nie zabraknie sabatu czarownic, tajemnych zaklęć, zalecających użycie podejrzanie brzmiących ingrediencji.
Atutem spektaklu jest jego dynamiczny rytm, zmienność, jak i swoista muzyczność - dosłowna i wynikająca z samego tempa "dziania się". Twórcom udało się stworzyć spektakl barwny, pulsujący energią, wydobywaną z wielu różnorodnych elementów, często o przeciwnych ładunkach (zderzanie sacrum i profanum). W swym dziele są chyba najbliżej mojego wyobrażenia tego, jak mogło potencjalnie wyglądać codzienne życie w średniowieczu, z zachowaniem całej irracjonalności i tajemnicy epoki. Podsumowując, zostałam pokonana, jednym, krótkim zaklęciem odpędzono mój początkowy sceptycyzm. Dla tych, którzy jednak nadal wątpią w wartość przedstawienia, wyreżyserowanego przez Wiesława Hołdysa, przygotowałam maleńki passus na zachętę. Czy poniższe wersy nie byłyby muzyką dla uszu surrealistów lub innych awangardystów (de facto sowizdrzałowie stanowili bodaj pierwszy w Polsce przykład cyganerii artystycznej, swoistej awangardy)?
"Gdzież się one czasy podziały,
Kiedy kiełbasy po świecie latały?"
Apeluję zatem - nie lekceważmy literatury sowizdrzalskiej!"
Agnieszka Dziedzic
Teatralia - Internetowy Magazyn Teatralny
www.teatralia.com.pl.
Czy podróże w czasie są możliwe?
"15 września w Krakowie na dziedzińcu Muzeum Etnograficznego mieszczącego się przy ul. Krakowskiej 46 po raz szósty zarejestrowano przybycie czarodzieja, który owych kilka metrów kwadratowych, wraz ze znajdującymi się tam gośćmi, przeniósł o 400 lat wstecz.
Nagle, między nieco zdezorientowanymi obywatelami rodem z XXI w. zaczęli pojawiać się pątnicy, kuglarze i kupcy namawiający do nabywania ich towarów.
"Chodźcie, chodźcie, chodźcie! Chodźcie! Chodźcie! Bliżej chodźcie do mnie! Towary moje w części do nabożeństwa, w części do ozdób służą. Jako to: szkaplerze, różańce, medaliki, obrazki święte, a takoż tasiemki, wstążeczki, a dla niewiast korale. W koszyczku tym znajdują się lekarstwa. Jako to: nasienie cyforowe od robaków, kwas siarczany od wysypek, kamfora, którą należy w wódce rozpuścić... pomocna jest na suche bóle, stłuczenia, puchliny wszelakie, aaa... także siarka i magnezy trawiące kwasy w żołądku. W skrzyneczce tej znajduje się diabeł mały, na powrót schwytany. Jeśli kto tę skrzyneczkę kupi (tysiąc dukatów u mnie) i diabła wypuści, temu wiecznie służyć będzie, wdzięczny za uwolnienie.(...)"
Ledwie ów nieznajomy skończył, zaraz za plecami dało się słyszeć niemal rozkazujące nawoływanie jednej z kobiet:
"Agnuski ludziska, agnuski! eee! Chodźcie tutaj! Extra ordynaryjnej mocy agnuski! Czyli boże baranki. Odlane z niedopalonego paschału papieskiego, a poświęcone siedem razy przez siedmiu ojców świętych. Każdy z nich poświęcił je siedem razy co siódmy rok swego pasterzowania na ziemi. Wtedy ów, poświęcony siedem razy siedem wtedy ile? 49 razy mocniejszy od agnuska pospolitego. (...) Ogień, ogień gaszą lepiej niż sól św. Agaty. Pamiętacie ludziska agnuski!"
Ktoś poczytne księgi promuje, kto inny proszek przeciw kostusze... aktorzy wołają na przedstawienie teatrzyku kukiełkowego; oto: "Nędza z Bidą z Polski idą". Pełno gwaru, tłumy kupujących, oglądających, aż tu nagle... aż tu nagle słychać głos opętanej kobiety. Mnich nawołuje obecnych do modlitwy nad nią i złego ducha wypędza. Rozlegają się jarmarczne śpiewy i tańce, wszystkiemu towarzyszy XVII-wieczna muzyka.
"Gdzie się tamte czasy podziały
Kiedy kiełbasy po świecie latały."
Jeszcze jakaś żebraczka, jeszcze jakiś oszust próbuje wyłudzić pieniądze... gdzieś zniknęła kobieta w kapeluszu z płonącymi świecami... milkną śpiewy i muzyka... Wybiła godzina i czar prysł niczym w baśni o Kopciuszku. Znów powróciliśmy do współczesności.
(...)"Jarmark cudów" powstał w nawiązaniu do staropolskich form teatralnych opierających się na bezpośrednim kontakcie z publicznością. Spektakle owe odbywały się na dziedzińcach, umożliwiając aktorom wmieszanie się pomiędzy widzów. Użyte teksty jak: "Peregrynacja dziadowska", czy "Nędza z Bidą z Polski idą" pochodzą z literatury XVII-wiecznej. Pozostałe (zaklęcia i remedia na demony napisane piórem reżysera) powstały w oparciu o źródła etnograficzne.
- Mam takie zamiłowanie do grzebania w 'starociach' - mówi dalej reżyser. - Czuję, że to jest takie współczesne. Niewiele się od tamtych czasów zmieniło. Szczególnie plebejscy pisarze: zwykli ludzie wiedzieli bardzo wiele o innych i stworzyli teksty, które pozostały aktualne do dzisiaj. Nie mam wrażenia, że to jest jakieś archaiczne. Bardzo nie lubię uwspółcześniania klasyki. Jest to robienie z ludzi idiotów."
(...)Nic jednak nie stanie na przeszkodzie czarodziejowi, przybyłemu z dawnych wieków, by oczarować publiczność i przenieść ją ponownie w świat jakże bliski jego sercu. By kolejny raz pokolenie internetu postawić na jarmarcznym placu i pozwolić im poznać ludzi tak niewiele różniących się od nich, choć pochodzących z 'zamierzchłych czasów'. (...)
Dominika Putyra
www.wiadomosci24.pl
Zofia Śledź
Magia na współczesnym jarmarku
Opuśćmy na chwilę centrum Krakowa, uświęcony wielowiekową tradycją ośrodek wysokiej kultury, świat instytucji oficjalnych i elity, by znaleźć się w zupełnie nowej, magicznej przestrzeni ludowej. Do Jarmarku Cudów, krainy szarlatanów i swojskich szatanów, opętańców i żebraków, wypełnionej dymem świec, wrzaskami i ludowym gwarem, zabiera nas krakowski Teatr Mumerus wraz z czeskim teatrem PiDivadlo. Działalność teatru Wiesława Hołdysa do tej pory koncentruje się głównie na poszukiwaniu nowego wymiaru teatru, sięganiu do nietypowych i nieznanych źródeł, m.in. staropolskich inscenizacji czy awangardy, a także na próbach ukształtowania nowej przestrzeni i nowej publiczności. W tym przypadku otrzymujemy niezwykle oryginalne, autorskie przedstawienie, oparte na nieznanych przeciętnemu odbiorcy historycznych tekstach literatury jarmarcznej. Artyści czescy i polscy usiłują razem przybliżyć współczesnym odbiorcom nasze wspólne korzenie sztuki, jednocześnie odnawiając teatr, a właściwie w ciągu jednego wieczora z pomocą magii od nowa powołują go do życia.
Na miejsce Jarmarku cudów wyreżyserowanego przez Hołdysa został wybrany spadzisty, zielony, częściowo ogrodzony murem teren, stanowiący fragment parku przy zabytkowej Wilii Decjusza. Nie ma tu sceny, ani rzędów foteli dla publiczności. Właściwie przybyli na miejsce widzowie nie wiedzą dobrze co ze sobą zrobić, jedni, wyczekując początku spektaklu, siadają na otaczającym ogród murze, inni krążą, przyglądając się porozstawianym tu i ówdzie elementom scenografii. Dekoracja autorstwa Jana Polewki składa się z dwóch podestów zmontowanych z drewnianych stołów, desek i skrzyń. Przy jednym z nich, wielka beczka. Na trawie, przy podwyższeniach są blaszane wiadra i miski pełne płonących świec. W górnej części terenu, stary, chłopski wóz, a u stóp wzniesienia stoi przykryty zieloną płachtą parawan, przestrzeń gry teatru marionetek. Wśród widzów przechadza się Doktor Faustus, reżyser PiDivadla Jan Prokes, ubrany w diabelską czarno-czerwoną pelerynę, zaś przy murze tkwi postać w brązowych łachmanach, dźwigająca na plecach, niczym skrzydła, coś na kształt drewnianego ołtarza szafkowego. Już pierwszy rzut oka na przestrzeń gry przynosi doświadczenie dziwności i niesamowitości tego miejsca. Z jednej strony przez zastosowanie tego typu scenografii i kostiumów, umieszczenie inscenizacji w plenerze pośród historycznych zabudowań (mur otacza pole gry niczym w staropolskim grodzie) nadaje wydarzeniu charakter archaiczny i ludowy. Ale jednocześnie większość widzów zdaje sobie sprawę z funkcji, jaką dziś pełni świetnie odrestaurowany Pałac Decjusza - miejsce elitarnych imprez kulturalnych. Przypomina o niej zasiadający pod fasadą samej willi, u szczytu wzniesienia, poważny i wytworny kwartet muzyczny pod kierunkiem Ewy Ryks, aktorki i muzyka z trupy Mumerusa. W efekcie jeszcze przed rozpoczęciem właściwego spektaklu tworzy się specyficzne widowisko, teatr wymieszania przeszłości z teraźniejszością, ludowości z wyrafinowaniem, magii ludowej z elitarną.
Obserwując przebieg całego przedstawienia nie można mówić o jakimś ściśle ustanowionym porządku, teleologicznej sekwencji. Jak w teatrze średniowiecznym mamy tu do czynienia ze sceną symultaniczną, a przynajmniej częściowo symultaniczną, bez wyraźnej dominanty kompozycyjnej. Po zaskakującym rozpoczęciu sztuki przez reżysera- aktora- maga wzywającego widzów do udziału we wspólnym widowisku, rozgrywa się seria epizodów, oddzielnych lub powiązanych ze sobą, częściowo nakładających się na siebie lub toczących się równocześnie w różnych punktach cudownego jarmarku. Większość widzów zbitą gromadą podąża od jednej stacji w przestrzeni do drugiej, wodzona i wabiona przez pojawiających się kolejno tajemniczych szarlatanów, handlarzy i dziadów. Reszta publiczności stoi na murach, przypatrując się całości widowiska z góry. Następuje stopniowe wciągnięcie odbiorców do wnętrza spektaklu: jarmarczni bohaterowie, ubrani w malownicze łachmany, wyposażeni w drewniane kije, torby pełne magicznych przedmiotów, mieszają się z widownią, od czasu do czasu wyrastając komuś za plecami i przedzierając się przez tłum gapiów, wrzeszcząc, popychając i roztrącając lud stwarzają sobie maleńkie obszary prywatnych przedstawień, jarmarczne sceny i jarmarcznych widzów. Każdy z nich ma do zaoferowania jakiś niezwykły specyfik, magiczny sposób na problemy codzienności. Jednak tym, co łączy wszystkich przebiegłych kuglarzy jest skupienie się wokół tematyki świata nadprzyrodzonego, marności życia, grozy śmierci.
Jako podstawa scenariusza przedstawienia zostały wykorzystane oryginalne fragmenty literatury sowizdrzalskiej, anonimowe polskie teksty z XVII wieku: Peregrynacja dziadowska i Nędza z bidą z Polski precz idą, a także adaptacja jarmarcznej wersji Przygód doktora Faustusa. W warstwie tekstowej na pierwsze miejsce wyraźnie wysuwają się magia i czary, a więc cała sfera irracjonalna, wyrastająca ze średniowiecznej wiary i potraktowana w sposób typowy dla kultury śmiechu i groteski. Wiara w diabły, demony, strzygi i czarownice przenika wystąpienia jarmarcznych wykonawców w poszczególnych scenach. Handlarz magicznymi przedmiotami i remediami (Karol Zapała), odziany w długą, czarną pelerynę, dźwiga na plecach ogromny tobół, a na szyi i wokół pasa mnóstwo sznurów różańców, talizmanów i innych zaklętych rekwizytów. Gdy udaje mu się przepchać do ciżby gapiów, zachwala przeróżne obrzydliwe remedia przeciw złym mocom, udziela porad i przestrzega przed potęgą diabła. Sprzedawczyni- wariatka (Olga Przeklasa) przywołuje do swojego kramu ze świętymi obrazami mającymi chronić przed siłami ciemności. W dalszej scenie poruszona zostaje (zawsze aktualna!) kwestia kultu różnorakich relikwii i świętych przedmiotów- handlarka próbuje nakłonić obserwatorów do zakupu „agnusków”, figurek baranków, prosto z Rzymu (moc takich „agnusków” z importu siedmiokrotnie przewyższa parametry krajowych produktów, więc nabywając siedem spotęgujemy ochronę przed złem 49-krotnie!). Herszt dziadowskiej kompanii, a jednocześnie natchniony kaznodzieja (Robert Żurek) wyciąga z beczki i prezentuje publiczności magiczne księgi. Później częstuje wszystkich pietruszką, darem piekielnym zapewniającym wieczną młodość. Po całym terytorium gry przez tłum przedzierają się dwie zakonnice-żebraczki prosząc o jałmużnę i brzęcząc metalowymi puszkami. Sposób, w jaki dziadowscy sprzedawcy reklamują swe towary jest komiczny: diabły, a wraz z nimi wszystko, co dotyka sfery strachu, zła i śmierci zostaje sprowadzone na ziemski poziom ludowego humoru, oswojone i wyśmiane. Zbliżamy się tu do jednego z obowiązkowych dla ludowych baśni i opowieści tematów: przybliżenia tematyki śmierci i zła poprzez jej złagodzenie, komiczne przedstawienie i groteskę. Jednocześnie swym zachowaniem, gestykulacją i intonacją aktorzy przypominają wiejskich (i nie tylko!) sprzedawców - oszustów, którzy próbują wepchnąć swe bezwartościowe towary naiwnym klientom.
Powaga i groza przechodzą gwałtownie w ostry, wieśniaczy ton i sprośność, nasilające się ku końcowi przedstawienia. Spektakl nabiera coraz większego tempa i dynamiki, a poruszający się w jarmarcznej scenerii bohaterowie ściągają z głów ciemne kaptury, rozdzierają szaty. Handlarka „agnuskami” i świętymi obrazkami przemienia się w czarownicę, okładającą diabła miotłą. Żebraczka w sino-szarych szatach (Anna Nowicka) wykonuje na jednym z podestów erotyczny taniec śpiewając pieśń strzygi- topielicy. Jedną z najciekawszych kreacji aktorskich tego spektaklu jest zakonnica (Anna Lenczewska), która po zdarciu szat, jawi się publiczności na drabinie, półnaga (nie, nie: jej nagość to znów kostium prosty i fantazyjny), rozczochrana, oznajmiając rozdzierającym krzykiem, że zaprzedała ciało diabłu. Egzorcysta tkwiący na drzewie powyżej usiłuje wypędzić z niej złego ducha obficie polewając nawiedzoną wodą. Zgodnie z konwencją kobieta reprezentuje tu narzędzie diabelskie, jest istotą nieczystą, esencją zmysłowości i grzechu. Mimo, że baby zobowiązują się walczyć z siłami ciemności, same okazują się z nimi nierozerwalnie złączone. Diabły i inne strachy od pewnego czasu mnożą się wśród jarmarcznej scenerii i wyskakują na widza z każdej strony. Bobo pojawia się pośród ikon świętych, diabłem jest dziecko noszone przez żebraczkę przy piersi. Diabelską naturę i wygląd mają także niektórzy marionetkowi bohaterowie jarmarcznych teatrzyków o charakterze moralitetowo-ludowym. Od czasu do czasu między głowy widzów wciska się i straszy kukiełkowy Mefistofeles, wydając przy tym złowieszcze dźwięki. Cała przestrzeń dźwięczy zresztą muzyką piekielnych sfer, zgrzytaniem kołatek, dzwonków i blachy. Słońce zniża się ku zachodowi, świece gasną, a drużyna kalek i pątników, ciągnąc powoli wóz (jak na płótnach Boscha) śpiewa swą posępną, dziadowską pieśń przemijania i marności doczesnego życia. Wyraźnie nasuwa nam się skojarzenie z tradycją średniowiecznych tańców śmierci, jednak nad wizją o charakterze wanitatywnym unosi się optymistyczny opar prymitywnej ziemskiej chciwości.
Tak więc jarmark staje się niezwykle żywym i wyrazistym przedstawieniem dwóch, odwiecznie istniejących obok siebie światów: ziemskiego i niepoznanego, wytworzonego przez ludzką wyobraźnię. Jednak ten jarmark współczesności wprowadza jeszcze jedno kontrastowe zestawienie, o którym wspomniałam już na początku pracy. Jest nim opozycja sztuki prymitywnej, rubasznej, tego typowego produktu wsi i małych miasteczek wobec sztuki z wyższych sfer. Obok prostego, silnego i naturalnego (bez żadnego nagłośnienia) śpiewu unisono ludowych bohaterów, spektaklowi towarzyszy wyrafinowana muzyka współczesna, wykonywana przez kwartet zawodowych artystów. Ponad prostotą, surowością
i skromnością drewnianych elementów dekoracji wznosi się majestat i elegancja renesansowej budowli. Nie wiadomo gdzie przebiega granica między perfekcyjną grą aktorską a swobodną improwizacją, gdzie współczesny język wplecie się znienacka w zabytek piśmiennictwa – gdzie kończy się jarmark a zaczyna się teatr.
Warto też zwrócić uwagę na ów tłum gapiów, na publiczność, jaka zebrała się na niedzielnym jarmarku w eleganckiej dzielnicy. Kim są odbiorcy tego specyficznego rodzaju twórczości artystycznej? Nie znajdziemy tu publiczności nabożeństw majowych i placów handlowych. Po wydzielonym na spektakl terytorium przechadza się co prawda paru przypadkowych spacerowiczów, kilkoro dzieci, jednak zdecydowaną większość publiczności stanowią współcześni odbiorcy sztuki elitarnej. Wiele osób przyszło na przedstawienie w strojach (kostiumach?), które stawiały pod znakiem zapytania ich przynależność do świata odbiorców czy aktorów. Zapewne taki rodzaj niedzielnej rozrywki nie trafia do widzów karmiących się zazwyczaj towarem kultury masowej i popularnej. Niewykluczone, że dziś czasach recepcja tego typu sztuki jest dostępna jedynie wrażliwym użytkownikom kultury wysokiej, spoglądającym z dystansem i pewnym znawstwem na artystyczne powroty do źródeł.
Zofia Śledź
Spektakl prezentowany jest w dwóch wersjach - w pomieszczeniach zamkniętych i wersji plenerowej.
Scenariusz, reżyseria, produkcja: Wiesław Hołdys
Scenografia: Jan Polewka
Muzyka: Barbara Zawadzka
Wykonawcy: Beata Kolak / Ana Nowicka, Anna Lenczewska, Olga Przeklasa, Karol Zapała, Robert Żurek
Kapela: Ewa Ryks, Dominik Klimczak, Michał Braszak/Józef Michalik/ Lesław Wydrzyński, Janusz Witko
Premiera - maj 2008
Spektakl powstał przy udziale finansowym Województwa Małopolskiego oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
"Polubiłam Teatr Mumerus - teatr Wiesława Hołdysa. Teatr, za którym nie stoją wielkie instytucje i nie ciągną krytycy-adoratorzy. Hołdys stawia na wyobraźnię, posługuje się metaforą, nie mówi wprost, nie stawia tez. Przypomina o istocie, o korzeniach teatru - miejscu, gdzie rzeczywistość powinna ustępować kreacji, a aktor staje się szlachetnym kłamcą, genialnym obłudnikiem.
Nowy spektakl tego reżysera pt. Jarmark cudów jest drugą, kameralną odsłoną projektu Mit środka Europy: Jarmark cudów prezentowanego wcześniej na dziedzińcu Muzeum Etnograficznego. Nawiązuje do tradycji sowiźrzalskiej, czyli sowiego (a właściwie błazeńskiego) zwierciadła - w scenariuszu wykorzystano wywodzące się z tego nurtu anonimowe teksty pochodzące z XVII wieku, takie jak Peregrynacja dziadowska, Nędza z Bidą z Polski precz idą, a także wszelkiego rodzaju magiczne porady, przepisy i zaklęcia. To jeszcze inny rodzaj akrobacji - Hołdys pracuje ze swoimi aktorami posługując się tekstem dla współczesnego użytkownika polszczyzny całkowicie hermetycznym. I czyni to mistrzowsko.
Jarmark to u Hołdysa prawdziwe centrum świata, miejsce, gdzie wszystko może się przydarzyć. Uzdrowienia, iluminacje, kłamstwa, oszustwa, najpospolitsze z przestępstw. Jarmark to miejsce wymiany, przepływu energii, dobra i zła. Kosmicznego spotkania. Hołdys buduje narracje spektaklu wprowadzając widza w dziwny trans. Nie daje mu spokoju ani przez chwilę: hałasy intensywnieją i cichną starannie odmierzone, rytmy nasilają się i opadają, groza miesza się z momentami pogody. A teksty dotykają spraw fundamentalnych: sytości i głodu, zdrowia i choroby, życia i śmierci.
Hołdys ma poczucie humoru, choć początkowo wcale nie jest to oczywiste. Na jarmarku nie wszystko jest prawdą i nie każdy świątobliwy dziad to prawdziwy uzdrowiciel. I nie wszystkie czary i uroki się sprawdzają. Szczerze mówiąc, większość to zupełna blaga. Mam jedno zastrzeżenie - spektakl jest za krótki, trwa niespełna godzinę. Dałabym się tak oszukiwać przez co najmniej drugie tyle czasu. Na scenie Teatru Zależnego."
Justyna Nowicka
Kraków. Miesięcznik społeczno - kulturalny
styczeń 2009, nr 1, s.84-85
"Jarmark Cudów" w teatrze Mumerus - recenzja
„Jarmark cudów” w wykonaniu Teatru Mumerus to prawdziwe cuda na kiju. Kraków ma w sobie pamięć książek, a Teatr Mumerus pasję ludzi, którzy go tworzą. To właśnie w krakowskich piwnicach przy ul. Kanoniczej 1 te dwa elementy połączyły się na wspólnej scenie.
„Jarmark cudów” pachnie przeszłością. Żebracy, wędrowni dziadowie, kupcy – każdy próbuje ugrać coś dla siebie. Tutaj trzeba mieć oczy dookoła głowy, w każdej chwili może okazać się, że zakupiony towar miał lepszy PR niż działanie. Jeden ze sprzedawców bezbłędnie diagnozuje schorzenia publiczności, oferując pietruszkę na problemy z potencją. No może nie do końca bezbłędnie, bo po kilku chwilach wyciąga garść pietruszki w moją stronę – „Weź se! Tobie też się przyda!”. Mimo że głusi i chromi – aktorzy wchodzą w interakcję z publicznością. Piwniczne sale przy ul. Kanoniczej 1, przygaszone światła, scenografia i w pewnym momencie naprawdę można zapomnieć, że ten starodawny jarmark nie dzieje się naprawdę. Ta kreacja historii idealnie odnajduje się pod dachem współczesności. Aktorzy zagęszczają atmosferę, odprawiając egzorcyzmy, by za chwilę zmienić front i rozbawić bajką o „Nędzy z Bidą, co z Polski idą”. „Diabeł” i „baba” odmieniani przez przypadki w końcu toczą walkę na widły i miotłę. Nawet sam ksiądz Natanek złapałby się za głowę.
Diabeł, który opętał kobietę (dobrze, że nie chciała iść na zakupy, bo wtedy dopiero byłby koniec świata) chce zmienić obiekt opętania i przenieść się na „chłopa, co w rowie spokojnie leży”. Na to nie zgadza się egzorcysta – męska solidarność czy jak? Aktorom towarzyszy dobiegająca gdzieś zza kotary muzyka, która buduje napięcie w wielu scenach. Teatralna przestrzeń powoli zapełnia się treścią ludzkich wierzeń, a wśród nich czary i uroki to tylko jeden z wielu wątków. Choć „diabeł wie, co wisi u samej wątroby”, o tym, co w teatrze piszczy najlepiej powie nam Teatr Mumerus.
Justyna Mądro
Portal miasteczkostudenckie.pl
Melodie jarmarczne
"O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem..." będzie to spektakl. Sęp Szarzyński niech się w grobie przewraca na wieść, że tak radośnie i energicznie można o walce tej mówić, nie zapominając oczywiście o adekwatnej dla tematu nutce smutku.
"Jarmark cudów" - tytuł wiele wyjaśnia: to szalona karuzela postaci, antologia zapomnianych już remediów na wszelkiej maści niemoce ciała i ducha: od opętania, przez impotencję, po katar. Wsiadacie?
Na to pytanie widz odpowiedzieć może dwojako, w zależności od swych mocy wewnętrznych i fizycznej wytrzymałości. Jak przekonuje sprzedawczyni "świętych" obrazów, szukająca nabywcy na "cudowny wizerunek" (rodem z opowieści o nowych szatach cesarza) - kto duszę ma czystą i chłonną ujrzy na nim świętą postać. Kto zaś zbrukany, zobaczy tylko białe płótno. Tak samo ze spektaklem - kto ma fantazję i da się ponieść koncepcji reżysera, podkreślonej mięsistą grą aktorów - znajdzie się na średniowiecznym bazarze, pełnym cudów, "w towarzystwie pokuśników".
A na jarmarku prawdziwy korowód postaci: wędrowni kuglarze, pątnicy, wiedźmy, opętane zakonnice, egzorcyści. Krótko mówiąc - przedstawiciele szanownych, acz zapomnianych już profesji. Postaci niby zindywidualizowane, a jednak wspólnie, chórem wygrywające szaleńcze melodie jarmarczne. Publiczność, przez głos ten nawoływana, staje się tłumem gapiów-współuczestników. Warto poddać się magii zaklęć, tajemniczych mikstur czy cudownych ziół - wiele można z mądrości ludowej zaczerpnąć. Jak okazuje się w trakcie spektaklu, szczególnie godna polecenia jest pietruszka (zło odgania!), nie wiedzieć czemu dziś sprowadzona do roli ozdoby w rosole.
Spektakl przywołuje na myśl rosyjskie matrioszki. Teatr w teatrze, niczym baba w babie, nie jest w przypadku tego ludycznego przedstawienia porównaniem deprecjonującym. Teatrzyk kukiełkowy "Nędza z bidą z Polski idą" zawarty (także tematycznie) w teatrze jarmarcznym, mieści się w spektaklu, w którym współuczestniczymy. Przed widzem otwierają się co rusz kolejne drzwi niczym "stacje" nowej, intrygującej sceny.
Oto pojawia się zakonnica - początkowo mrucząca pod nosem nabożne modlitwy, profilaktycznie szepcząca swoje mantry. Dusza jej jednak jest w kolorach habitu - biało-czarna. Szybko trafia w sidła zastawione przez "złe". Obserwujemy scenę, w której upadła siostra siedzi na drabinie. Drabinie, rozkraczonej niczym dusza opętanej, między Niebem a Piekłem. A obok ksiądz-egzorcysta, w podobnej pozie, na podobnym siedzisku, co nie pozostanie bez konsekwencji dla jego dalszych losów. Na jarmarku nikt nie zna dnia ani godziny, gdy jego dusza chyłkiem przemknie spod jednych rządów w inne.
Odgrywanym scenom towarzyszy sztafaż adekwatnych dla miejsca i epoki przedmiotów. Klekoczą kołatki, sprzedawane są obrazy i szkaplerze, w ruch idą kropidła, a gdy te nie pomogą w wypędzaniu sił nieczystych, także widły. Są i średniowieczne środki transportu - wóz drabiniasty czy taczki mieszczą cały dobytek bohaterów.
Niezwykła energia przedstawienia, będąca zasługą charyzmatycznego aktorstwa, jest napędzana dodatkowo przez muzykę graną na żywo. Szczególnie akordeon kojarzony z biesiadami, sprawdza się na tym kolorowym bazarze.
Słowem - "Jarmark cudów" to soczysta porcja historii teatru, bez nudnego dydaktyzmu, sugestywna i niezwykle dynamiczna.
Katarzyna Borys
Internetowy magazyn teatralny Teatralia
„Niecodzienne zbiegowisko na śródmiejskim rynku” – ni to jarmark, no to sabat, dziadowska peregrynacja czy dusz zbolałych leczenie. Którędy diabeł wszedł, tedy i wyjść musi. Grozi więc rozpustnicy opętanej mnich na gałęzi się huśtający, co kropidłem strasząc, wyklinanie czyni. Na rynku wielkie na czary zapotrzebowanie. Zwołując tych z prawa i tych z lewa, „do mnie, do mnie” krzyczą kuglarze. Widzowie, niczym dzieci zaczarowane cudami średniowiecznego jarmarku, ku coraz to nowszym zabiegom odwracają głowy, w roześmianiu, w słów potoku rozedrganymi przebierając rękami. Tu z beczki czarownica zawoła, opodal teatrzyk Bidy z Nędzą się rozkłada, tam znów „szkaplerze, różańce, medaliki (…), kamfora, którą należy w wódce rozpuścić”, księgo tajemne, a nawet sam rogaty w skrzyneczce, co wielce będzie wdzięczny za wypuszczenie.
Zaklęć, zawołań masa cała. „Uczyń napar, wypij świeży / A świat w słowa twe uwierzy…”. A dalej proszek przeciw kostusze i pietruszki ziele… na impotencję (lub, jak kto woli, na kuglarską „gupote”). Magiczne to obrzędy, co śmiech wskrzeszając, mieszać się każą światom. Obok sposobów na czarownicy złe oko (a przecież wszyscyśmy jakoś oczarowani, nie pomogło wiązanie czerwonej wstążeczki?) relikwiami handel się kręci, cudaczne się rozkładają obrazy dawno nie święte. Dalej znów „w drzwiach świątyni na serwecie krzyże po trzy grosze”.
Mnich, co diabła wypędza – a może i kusi „by mu dogodził, by go nawiedził” – chwil kilka później rogatego przybiera oblicze. Wszak wiadomo z baśni, że wypędzony co prędzej w najpodatniejszą na swe wpływy wskakuje duszę. Teraz zwierciadłem mamić zaczyna, na świat rogi swe czerwone, siarki zapach drażniący i ogon włochaty przywlec próbuje. A pcha się to… W rytm muzyki Złego wymiatanie. Bo choć gdzie nie może sam, tam babę pośle, to tylko baba, a nie Rituale Romanum, ostatecznie da mu radę.
Na jarmarcznej scenie z desek złożonej krzywo stykają się światy. Dobro i zło sobie w oczy patrzą, duchy nad głowami wirują, słowa stają się ciałem, drwina przez ramię zagląda, a zaklinane sprawy najistotniejsze nagle wydają się prostsze. Budzą podziw i… trwogę. Omotani muzyką, zaplatani w słowa chodzimy, „prostaczkowie szczęściem oczadzeni”, w tym sowim zwierciadle świata na opak, gdzie w siedemnastowiecznym tekście, niczym w krzywym lustrze chwil, odbijają się tęsknoty nie takie znów obce współczesnym. Świat jarmarcznej sceny sprzedając śmiech, urealnia absurd, tym samym niemal w każdej scenie puszczając do nas oko. A wszystko to „niedomarzonych szafarze marzeń (…) Starzy kuglarze”.
Magdalena M. Baran
Kultura liberalna
czerwiec 2009
http://kulturaliberalna.pl/
"(...)Mumerus to jeden z krakowskich zespołów offowych, który potrafi zaskoczyć widza niekonwencjonalnymi rozwiązaniami, niezwykłymi efektami, uzyskanymi dzięki prostocie środków ("Dr K Hommage a Franz Kafka"), czy niebanalnym przełożeniem malarstwa na język sceny ("Cyrki i ceremonie" inspirowane malarstwem Witolda Wojtkiewicza). Po obejrzeniu kilku przedstawień powoli zarysowuje mi się istota tego teatru, choć od razu zaznaczam, że to zaledwie zarys szkicowy, gdyż nie znam całości twórczości zespołu, by móc o niej więcej orzec. Do tej pory zaobserwowałam, że w centrum zainteresowań Mumerusa stoi szaleństwo w szerokim tego słowa znaczeniu - od szału artysty, który rodzi oniryczne wizje, poprzez doświadczenia człowieka na granicy życia i śmierci, tak bliskie szaleństwu, po obłęd wpisany poniekąd w codzienną egzystencję człowieka średniowiecza, rzuconego między mrok i tajemnicę gotyckiego kościoła a pogańskie obrzędy czy czary, odstraszające złe duchy. Nie jest to szał wystudiowany, wydestylowany w warunkach laboratoryjnych, zazwyczaj generuje się samoistnie gdzieś pomiędzy żartem (bo i tego nie brakuje w przedstawieniach Mumerusa), słowami piosenki o prostej, choć silnie przyciągającej melodii. Bywa też w podniszczonych rekwizytach, w poetycko budowanych obrazach scenograficznych - wypełnia niewielką scenę przy ulicy Kanoniczej, niczym powietrze, ale powietrze czyste, nie wywołujące duszności.
"Jarmark cudów" to spektakl plenerowy, więc od początku ciekawiło mnie, jak artyści poradzą sobie z zamknięta przestrzenią i czy przedstawienie przejdzie bez uszczerbku tę próbę. Rozpoczęlo się od hałaśliwego pochodu grajków, czarownic, kramarzy, błazna, duchownych, zachęcających widzów do wspólnego przejścia z sali na parterze budynku, schodami do piwnicy, gdzie znajduje się scena Teatru Zależnego, zrzeszającego krakowskie teatry niezależne. Początkowo uśmiechałam się tylko bez przekonania, bo nie wierzyłam, że coś wyjdzie z tego "hasania", nijak oddziaływującego na przestrzeń. Ot, przyszli aktorzy i robią wiele hałasu. Przekonywały mnie powoli świetnie dobrane anonimowe teksty, prawdziwe perełki literatury sowizdrzalskiej pochodzące z początku XVII wieku, np.: "Peregrynacja dziadowska", czy "Nędza z Biedą z Polski precz idą" . Kolejnym czynnikiem, pozytywnie wpływającym na recepcję przedstawienia, były rekwizyty, stroje oraz lalki; pozwalały odczuć atmosferę jarmarcznego zbiegowiska na placu targowym sprzed ponad 400 lat, nie będąc zarazem nudnym ilustrowaniem historii - wiernym, choć pozbawionym ducha epoki. Stąd też szczypta humoru w samych strojach, jak choćby fikuśny kapelusik ze świeczkami na głowie Błazna (Anna Nowicka). Duże wrażenie zrobiły także rekwizyty - ogromna drewniana beczka, z której co jakiś czas wychylała się głowa zuchwałej czarownicy, zachęcającej do skorzystania ze swoich nadprzyrodzonych umiejętności, lub skosztowania naci pietruszki, która jest podobno niezawodnym remedium na... impotencję. Nie mogę nie wspomnieć o dewocjonalia wszelkiej maści - od medalików i różańców, z zapałem zachwalanych przez kramarza, poprzez liczne obrazki przedstawiające świętych, po tryptyk malarski wykonany na drewnianych deskach, składanych do środka, umocowany na plecach wspomnianego już Błazna; od wewnętrznej strony tryptyku wymalowano wizerunki świętych, przywodzące skojarzenia z ikonami bizantyjskimi.
Po scenie targowej aktorzy otwierają drzwi (stare, masywne - co jest tutaj niewątpliwą zaletą, gdyż świetnie wpisują się w poetykę przedstawienia) do właściwej sali teatralnej. Teraz dopiero zaczną się harce sceniczne - radość prostej egzystencji, witalność, zabawa inkrustowana umartwianiem się nad własną niedolą, złymi warunkami materialnymi, czy nieprzewidywalnością losu. Pojawia się motyw teatrzyku lalkowego, dla zainscenizowania tekstu "Nędza z Biedą...". Będą też egzorcyzmy, wypędzanie Diabła z opętanej jego mocą kobiety. Nie zabraknie sabatu czarownic, tajemnych zaklęć, zalecających użycie podejrzanie brzmiących ingrediencji.
Atutem spektaklu jest jego dynamiczny rytm, zmienność, jak i swoista muzyczność - dosłowna i wynikająca z samego tempa "dziania się". Twórcom udało się stworzyć spektakl barwny, pulsujący energią, wydobywaną z wielu różnorodnych elementów, często o przeciwnych ładunkach (zderzanie sacrum i profanum). W swym dziele są chyba najbliżej mojego wyobrażenia tego, jak mogło potencjalnie wyglądać codzienne życie w średniowieczu, z zachowaniem całej irracjonalności i tajemnicy epoki. Podsumowując, zostałam pokonana, jednym, krótkim zaklęciem odpędzono mój początkowy sceptycyzm. Dla tych, którzy jednak nadal wątpią w wartość przedstawienia, wyreżyserowanego przez Wiesława Hołdysa, przygotowałam maleńki passus na zachętę. Czy poniższe wersy nie byłyby muzyką dla uszu surrealistów lub innych awangardystów (de facto sowizdrzałowie stanowili bodaj pierwszy w Polsce przykład cyganerii artystycznej, swoistej awangardy)?
"Gdzież się one czasy podziały,
Kiedy kiełbasy po świecie latały?"
Apeluję zatem - nie lekceważmy literatury sowizdrzalskiej!"
Agnieszka Dziedzic
Teatralia - Internetowy Magazyn Teatralny
www.teatralia.com.pl.
"15 września w Krakowie na dziedzińcu Muzeum Etnograficznego mieszczącego się przy ul. Krakowskiej 46 po raz szósty zarejestrowano przybycie czarodzieja, który owych kilka metrów kwadratowych, wraz ze znajdującymi się tam gośćmi, przeniósł o 400 lat wstecz.
Nagle, między nieco zdezorientowanymi obywatelami rodem z XXI w. zaczęli pojawiać się pątnicy, kuglarze i kupcy namawiający do nabywania ich towarów.
"Chodźcie, chodźcie, chodźcie! Chodźcie! Chodźcie! Bliżej chodźcie do mnie! Towary moje w części do nabożeństwa, w części do ozdób służą. Jako to: szkaplerze, różańce, medaliki, obrazki święte, a takoż tasiemki, wstążeczki, a dla niewiast korale. W koszyczku tym znajdują się lekarstwa. Jako to: nasienie cyforowe od robaków, kwas siarczany od wysypek, kamfora, którą należy w wódce rozpuścić... pomocna jest na suche bóle, stłuczenia, puchliny wszelakie, aaa... także siarka i magnezy trawiące kwasy w żołądku. W skrzyneczce tej znajduje się diabeł mały, na powrót schwytany. Jeśli kto tę skrzyneczkę kupi (tysiąc dukatów u mnie) i diabła wypuści, temu wiecznie służyć będzie, wdzięczny za uwolnienie.(...)"
Ledwie ów nieznajomy skończył, zaraz za plecami dało się słyszeć niemal rozkazujące nawoływanie jednej z kobiet:
"Agnuski ludziska, agnuski! eee! Chodźcie tutaj! Extra ordynaryjnej mocy agnuski! Czyli boże baranki. Odlane z niedopalonego paschału papieskiego, a poświęcone siedem razy przez siedmiu ojców świętych. Każdy z nich poświęcił je siedem razy co siódmy rok swego pasterzowania na ziemi. Wtedy ów, poświęcony siedem razy siedem wtedy ile? 49 razy mocniejszy od agnuska pospolitego. (...) Ogień, ogień gaszą lepiej niż sól św. Agaty. Pamiętacie ludziska agnuski!"
Ktoś poczytne księgi promuje, kto inny proszek przeciw kostusze... aktorzy wołają na przedstawienie teatrzyku kukiełkowego; oto: "Nędza z Bidą z Polski idą". Pełno gwaru, tłumy kupujących, oglądających, aż tu nagle... aż tu nagle słychać głos opętanej kobiety. Mnich nawołuje obecnych do modlitwy nad nią i złego ducha wypędza. Rozlegają się jarmarczne śpiewy i tańce, wszystkiemu towarzyszy XVII-wieczna muzyka.
"Gdzie się tamte czasy podziały
Kiedy kiełbasy po świecie latały."
Jeszcze jakaś żebraczka, jeszcze jakiś oszust próbuje wyłudzić pieniądze... gdzieś zniknęła kobieta w kapeluszu z płonącymi świecami... milkną śpiewy i muzyka... Wybiła godzina i czar prysł niczym w baśni o Kopciuszku. Znów powróciliśmy do współczesności.
(...)"Jarmark cudów" powstał w nawiązaniu do staropolskich form teatralnych opierających się na bezpośrednim kontakcie z publicznością. Spektakle owe odbywały się na dziedzińcach, umożliwiając aktorom wmieszanie się pomiędzy widzów. Użyte teksty jak: "Peregrynacja dziadowska", czy "Nędza z Bidą z Polski idą" pochodzą z literatury XVII-wiecznej. Pozostałe (zaklęcia i remedia na demony napisane piórem reżysera) powstały w oparciu o źródła etnograficzne.
- Mam takie zamiłowanie do grzebania w 'starociach' - mówi dalej reżyser. - Czuję, że to jest takie współczesne. Niewiele się od tamtych czasów zmieniło. Szczególnie plebejscy pisarze: zwykli ludzie wiedzieli bardzo wiele o innych i stworzyli teksty, które pozostały aktualne do dzisiaj. Nie mam wrażenia, że to jest jakieś archaiczne. Bardzo nie lubię uwspółcześniania klasyki. Jest to robienie z ludzi idiotów."
(...)Nic jednak nie stanie na przeszkodzie czarodziejowi, przybyłemu z dawnych wieków, by oczarować publiczność i przenieść ją ponownie w świat jakże bliski jego sercu. By kolejny raz pokolenie internetu postawić na jarmarcznym placu i pozwolić im poznać ludzi tak niewiele różniących się od nich, choć pochodzących z 'zamierzchłych czasów'. (...)
Dominika Putyra
www.wiadomosci24.pl
Magia na współczesnym jarmarku
Opuśćmy na chwilę centrum Krakowa, uświęcony wielowiekową tradycją ośrodek wysokiej kultury, świat instytucji oficjalnych i elity, by znaleźć się w zupełnie nowej, magicznej przestrzeni ludowej. Do Jarmarku Cudów, krainy szarlatanów i swojskich szatanów, opętańców i żebraków, wypełnionej dymem świec, wrzaskami i ludowym gwarem, zabiera nas krakowski Teatr Mumerus wraz z czeskim teatrem PiDivadlo. Działalność teatru Wiesława Hołdysa do tej pory koncentruje się głównie na poszukiwaniu nowego wymiaru teatru, sięganiu do nietypowych i nieznanych źródeł, m.in. staropolskich inscenizacji czy awangardy, a także na próbach ukształtowania nowej przestrzeni i nowej publiczności. W tym przypadku otrzymujemy niezwykle oryginalne, autorskie przedstawienie, oparte na nieznanych przeciętnemu odbiorcy historycznych tekstach literatury jarmarcznej. Artyści czescy i polscy usiłują razem przybliżyć współczesnym odbiorcom nasze wspólne korzenie sztuki, jednocześnie odnawiając teatr, a właściwie w ciągu jednego wieczora z pomocą magii od nowa powołują go do życia.
Na miejsce Jarmarku cudów wyreżyserowanego przez Hołdysa został wybrany spadzisty, zielony, częściowo ogrodzony murem teren, stanowiący fragment parku przy zabytkowej Wilii Decjusza. Nie ma tu sceny, ani rzędów foteli dla publiczności. Właściwie przybyli na miejsce widzowie nie wiedzą dobrze co ze sobą zrobić, jedni, wyczekując początku spektaklu, siadają na otaczającym ogród murze, inni krążą, przyglądając się porozstawianym tu i ówdzie elementom scenografii. Dekoracja autorstwa Jana Polewki składa się z dwóch podestów zmontowanych z drewnianych stołów, desek i skrzyń. Przy jednym z nich, wielka beczka. Na trawie, przy podwyższeniach są blaszane wiadra i miski pełne płonących świec. W górnej części terenu, stary, chłopski wóz, a u stóp wzniesienia stoi przykryty zieloną płachtą parawan, przestrzeń gry teatru marionetek. Wśród widzów przechadza się Doktor Faustus, reżyser PiDivadla Jan Prokes, ubrany w diabelską czarno-czerwoną pelerynę, zaś przy murze tkwi postać w brązowych łachmanach, dźwigająca na plecach, niczym skrzydła, coś na kształt drewnianego ołtarza szafkowego. Już pierwszy rzut oka na przestrzeń gry przynosi doświadczenie dziwności i niesamowitości tego miejsca. Z jednej strony przez zastosowanie tego typu scenografii i kostiumów, umieszczenie inscenizacji w plenerze pośród historycznych zabudowań (mur otacza pole gry niczym w staropolskim grodzie) nadaje wydarzeniu charakter archaiczny i ludowy. Ale jednocześnie większość widzów zdaje sobie sprawę z funkcji, jaką dziś pełni świetnie odrestaurowany Pałac Decjusza - miejsce elitarnych imprez kulturalnych. Przypomina o niej zasiadający pod fasadą samej willi, u szczytu wzniesienia, poważny i wytworny kwartet muzyczny pod kierunkiem Ewy Ryks, aktorki i muzyka z trupy Mumerusa. W efekcie jeszcze przed rozpoczęciem właściwego spektaklu tworzy się specyficzne widowisko, teatr wymieszania przeszłości z teraźniejszością, ludowości z wyrafinowaniem, magii ludowej z elitarną.
Obserwując przebieg całego przedstawienia nie można mówić o jakimś ściśle ustanowionym porządku, teleologicznej sekwencji. Jak w teatrze średniowiecznym mamy tu do czynienia ze sceną symultaniczną, a przynajmniej częściowo symultaniczną, bez wyraźnej dominanty kompozycyjnej. Po zaskakującym rozpoczęciu sztuki przez reżysera- aktora- maga wzywającego widzów do udziału we wspólnym widowisku, rozgrywa się seria epizodów, oddzielnych lub powiązanych ze sobą, częściowo nakładających się na siebie lub toczących się równocześnie w różnych punktach cudownego jarmarku. Większość widzów zbitą gromadą podąża od jednej stacji w przestrzeni do drugiej, wodzona i wabiona przez pojawiających się kolejno tajemniczych szarlatanów, handlarzy i dziadów. Reszta publiczności stoi na murach, przypatrując się całości widowiska z góry. Następuje stopniowe wciągnięcie odbiorców do wnętrza spektaklu: jarmarczni bohaterowie, ubrani w malownicze łachmany, wyposażeni w drewniane kije, torby pełne magicznych przedmiotów, mieszają się z widownią, od czasu do czasu wyrastając komuś za plecami i przedzierając się przez tłum gapiów, wrzeszcząc, popychając i roztrącając lud stwarzają sobie maleńkie obszary prywatnych przedstawień, jarmarczne sceny i jarmarcznych widzów. Każdy z nich ma do zaoferowania jakiś niezwykły specyfik, magiczny sposób na problemy codzienności. Jednak tym, co łączy wszystkich przebiegłych kuglarzy jest skupienie się wokół tematyki świata nadprzyrodzonego, marności życia, grozy śmierci.
Jako podstawa scenariusza przedstawienia zostały wykorzystane oryginalne fragmenty literatury sowizdrzalskiej, anonimowe polskie teksty z XVII wieku: Peregrynacja dziadowska i Nędza z bidą z Polski precz idą, a także adaptacja jarmarcznej wersji Przygód doktora Faustusa. W warstwie tekstowej na pierwsze miejsce wyraźnie wysuwają się magia i czary, a więc cała sfera irracjonalna, wyrastająca ze średniowiecznej wiary i potraktowana w sposób typowy dla kultury śmiechu i groteski. Wiara w diabły, demony, strzygi i czarownice przenika wystąpienia jarmarcznych wykonawców w poszczególnych scenach. Handlarz magicznymi przedmiotami i remediami (Karol Zapała), odziany w długą, czarną pelerynę, dźwiga na plecach ogromny tobół, a na szyi i wokół pasa mnóstwo sznurów różańców, talizmanów i innych zaklętych rekwizytów. Gdy udaje mu się przepchać do ciżby gapiów, zachwala przeróżne obrzydliwe remedia przeciw złym mocom, udziela porad i przestrzega przed potęgą diabła. Sprzedawczyni- wariatka (Olga Przeklasa) przywołuje do swojego kramu ze świętymi obrazami mającymi chronić przed siłami ciemności. W dalszej scenie poruszona zostaje (zawsze aktualna!) kwestia kultu różnorakich relikwii i świętych przedmiotów- handlarka próbuje nakłonić obserwatorów do zakupu „agnusków”, figurek baranków, prosto z Rzymu (moc takich „agnusków” z importu siedmiokrotnie przewyższa parametry krajowych produktów, więc nabywając siedem spotęgujemy ochronę przed złem 49-krotnie!). Herszt dziadowskiej kompanii, a jednocześnie natchniony kaznodzieja (Robert Żurek) wyciąga z beczki i prezentuje publiczności magiczne księgi. Później częstuje wszystkich pietruszką, darem piekielnym zapewniającym wieczną młodość. Po całym terytorium gry przez tłum przedzierają się dwie zakonnice-żebraczki prosząc o jałmużnę i brzęcząc metalowymi puszkami. Sposób, w jaki dziadowscy sprzedawcy reklamują swe towary jest komiczny: diabły, a wraz z nimi wszystko, co dotyka sfery strachu, zła i śmierci zostaje sprowadzone na ziemski poziom ludowego humoru, oswojone i wyśmiane. Zbliżamy się tu do jednego z obowiązkowych dla ludowych baśni i opowieści tematów: przybliżenia tematyki śmierci i zła poprzez jej złagodzenie, komiczne przedstawienie i groteskę. Jednocześnie swym zachowaniem, gestykulacją i intonacją aktorzy przypominają wiejskich (i nie tylko!) sprzedawców - oszustów, którzy próbują wepchnąć swe bezwartościowe towary naiwnym klientom.
Powaga i groza przechodzą gwałtownie w ostry, wieśniaczy ton i sprośność, nasilające się ku końcowi przedstawienia. Spektakl nabiera coraz większego tempa i dynamiki, a poruszający się w jarmarcznej scenerii bohaterowie ściągają z głów ciemne kaptury, rozdzierają szaty. Handlarka „agnuskami” i świętymi obrazkami przemienia się w czarownicę, okładającą diabła miotłą. Żebraczka w sino-szarych szatach (Anna Nowicka) wykonuje na jednym z podestów erotyczny taniec śpiewając pieśń strzygi- topielicy. Jedną z najciekawszych kreacji aktorskich tego spektaklu jest zakonnica (Anna Lenczewska), która po zdarciu szat, jawi się publiczności na drabinie, półnaga (nie, nie: jej nagość to znów kostium prosty i fantazyjny), rozczochrana, oznajmiając rozdzierającym krzykiem, że zaprzedała ciało diabłu. Egzorcysta tkwiący na drzewie powyżej usiłuje wypędzić z niej złego ducha obficie polewając nawiedzoną wodą. Zgodnie z konwencją kobieta reprezentuje tu narzędzie diabelskie, jest istotą nieczystą, esencją zmysłowości i grzechu. Mimo, że baby zobowiązują się walczyć z siłami ciemności, same okazują się z nimi nierozerwalnie złączone. Diabły i inne strachy od pewnego czasu mnożą się wśród jarmarcznej scenerii i wyskakują na widza z każdej strony. Bobo pojawia się pośród ikon świętych, diabłem jest dziecko noszone przez żebraczkę przy piersi. Diabelską naturę i wygląd mają także niektórzy marionetkowi bohaterowie jarmarcznych teatrzyków o charakterze moralitetowo-ludowym. Od czasu do czasu między głowy widzów wciska się i straszy kukiełkowy Mefistofeles, wydając przy tym złowieszcze dźwięki. Cała przestrzeń dźwięczy zresztą muzyką piekielnych sfer, zgrzytaniem kołatek, dzwonków i blachy. Słońce zniża się ku zachodowi, świece gasną, a drużyna kalek i pątników, ciągnąc powoli wóz (jak na płótnach Boscha) śpiewa swą posępną, dziadowską pieśń przemijania i marności doczesnego życia. Wyraźnie nasuwa nam się skojarzenie z tradycją średniowiecznych tańców śmierci, jednak nad wizją o charakterze wanitatywnym unosi się optymistyczny opar prymitywnej ziemskiej chciwości.
Tak więc jarmark staje się niezwykle żywym i wyrazistym przedstawieniem dwóch, odwiecznie istniejących obok siebie światów: ziemskiego i niepoznanego, wytworzonego przez ludzką wyobraźnię. Jednak ten jarmark współczesności wprowadza jeszcze jedno kontrastowe zestawienie, o którym wspomniałam już na początku pracy. Jest nim opozycja sztuki prymitywnej, rubasznej, tego typowego produktu wsi i małych miasteczek wobec sztuki z wyższych sfer. Obok prostego, silnego i naturalnego (bez żadnego nagłośnienia) śpiewu unisono ludowych bohaterów, spektaklowi towarzyszy wyrafinowana muzyka współczesna, wykonywana przez kwartet zawodowych artystów. Ponad prostotą, surowością
i skromnością drewnianych elementów dekoracji wznosi się majestat i elegancja renesansowej budowli. Nie wiadomo gdzie przebiega granica między perfekcyjną grą aktorską a swobodną improwizacją, gdzie współczesny język wplecie się znienacka w zabytek piśmiennictwa – gdzie kończy się jarmark a zaczyna się teatr.
Warto też zwrócić uwagę na ów tłum gapiów, na publiczność, jaka zebrała się na niedzielnym jarmarku w eleganckiej dzielnicy. Kim są odbiorcy tego specyficznego rodzaju twórczości artystycznej? Nie znajdziemy tu publiczności nabożeństw majowych i placów handlowych. Po wydzielonym na spektakl terytorium przechadza się co prawda paru przypadkowych spacerowiczów, kilkoro dzieci, jednak zdecydowaną większość publiczności stanowią współcześni odbiorcy sztuki elitarnej. Wiele osób przyszło na przedstawienie w strojach (kostiumach?), które stawiały pod znakiem zapytania ich przynależność do świata odbiorców czy aktorów. Zapewne taki rodzaj niedzielnej rozrywki nie trafia do widzów karmiących się zazwyczaj towarem kultury masowej i popularnej. Niewykluczone, że dziś czasach recepcja tego typu sztuki jest dostępna jedynie wrażliwym użytkownikom kultury wysokiej, spoglądającym z dystansem i pewnym znawstwem na artystyczne powroty do źródeł.
Zofia Śledź
































